Alej2009's Blog

Just another WordPress.com weblog

Czyż nie jest więc tak, że ewolucja zakończyła już eksperyment z ultrastabilnymi strukturami białkowymi i rozpoczęła próby na innym piętrze – próbuje znaleźć ultrastabilne struktury społeczne?

książę Piotr Kropotkin


I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)

Spis treści

Wstęp

1. System naturalny „państwo”

2. Autonomiczny demon

3. Twarzą w twarz z potworem

4. Wątpliwości

5. Wobec nadciągającej Apokalipsy

6. O metodzie


Szanowny Czytelniku mojej “Propedeutyki Łagodnej Apokalipsy”!

Ja, jej autor, ośmielam się mieć nadzieję, że gdy przeczytasz to co dla Ciebie napisałem nie będziesz żałował straconego czasu. Jeżeli nawet nie zgodzisz się z żadną z przedstawionych przeze mnie tez, to może skłonię Cię chociaż do tego byś spojrzał trochę inaczej, z nieco odmiennego niż to się zazwyczaj robi punktu widzenia na istotne dla nas wszystkich sprawy.

Zasadniczym tematem mojego szkicu jest Polska, z jej obecnymi trudnymi problemami. Są one wszelakoż rozpatrywane w szerszej perspektywie. Jako szczególny przypadek ogólniejszych, powszechnie obowiązujących prawidłowości dziejowych. Centralną myślą eseju jest (dość oczywiste) spostrzeżenie, że zarówno człowiek jak i tworzone przezeń społeczności i instytucje są cząstkami świata przyrody. Najbardziej fundamentalną cechą charakteryzującą elementy tego świata jest sposób ich zorganizowania. To on decyduje o tym, że pewien układ cząsteczek elementarnych jest np. atomem węgla, a inny bezładną mieszaniną, plazmą, że pewien układ atomów węgla jest diamentem a inny grafitem, że pewien układ aminokwasów tworzy cząsteczkę DNA pałeczki okrężnicy, zaś inny cząsteczką molekularnego “przepisu na człowieka” itd., itp. … Zastosowanie takiego podejścia do analizowania społeczności ludzkich rzuca nowe – jak mi się wydaje – światło na sposób ich funkcjonowania i na zachodzące w nich przemiany. Niniejszy esej przedstawia właśnie próbę takiej analizy.

Pachnie to teoretyzowaniem. Nim też, niestety, jest. Zwłaszcza pierwszy rozdział mojego eseju to nieco nudnawa dysertacja „naukawa” (bo chyba nie naukowa?). Starałem się jak mogłem, by ją napisać możliwie „lekko”, ale wiem, że mi się to niezbyt udało. Musiałem jednak przecież – do licha! – gdzieś umieścić teoretyczne fundamenty moich przemyśleń. W tym pierwszym rozdziale „wprowadzam na scenę” system „państwo”. Dowodzę w nim (za Ervinem Laszlo I)), że zorganizowane w państwa społeczności ludzkie można traktować jako tzw. „systemy naturalne”. Z tego faktu wyprowadzę potem wiele ważkich wniosków.

W rozdziale drugim analizuję mechanizmy podtrzymujące funkcjonowanie tworów państwowych i wyznaczające kierunek ich ewolucji. Właśnie stwierdzenie, że taka ewolucja się odbywa, a zwłaszcza, że daje się określać jej kierunek, uważam za najważniejszą z postawionych w moim eseju tez.

W rozdziale trzecim prezentuję zastosowanie proponowanej metody do objaśnienia fenomenu funkcjonowania tzw. państw realnego socjalizmu. Moim zdaniem to objaśnienie jest bardziej przekonujące niż inne dotychczasowe podobne próby. Poczytuję sobie to za osiągnięcie niniejszego szkicu. W tym też rozdziale pojawia się, po raz pierwszy, pesymistyczna prognoza co do przyszłych losów ludzkości.

Rozdział czwarty to próba krytycznej weryfikacji tej prognozy. Uprzedzając fakty powiem, że – niestety – wykazuje ona jej zasadność (chociaż optymistom zostawiam i trochę szans na nadzieję). Stąd, w będącym podsumowaniem tej głównej części szkicu rozdziale piątym, już tylko próbuję określić jaka powinna być postawa jednostki wobec nieuchronnie, moim zdaniem, nadciągającej tragedii.

W rozdziale szóstym raz jeszcze wracam do podstaw teoriopoznawczych moich przemyśleń. Tym razem rozważanych na jeszcze ogólniejszej niż w rozdziale pierwszym płaszczyźnie.

Moja „Propedeutyka …” nie jest (żadną miarą!) rozprawą naukową. Zawiera ona jednak, jak sądzę, sporo cech takowej. Wszystkie przedstawione w niej tezy są – w miarę możliwości – rzetelnie uzasadniane. Te zaś, których się do końca uzasadniać nie dało są przedstawione właśnie jako takie.

Z zupełnie innej stylistyki pochodzi tytuł i tytułowa bestia, zwana dalej także demonem, potworem, lewiatanem. To dla większej ekspresji. By dosadnie określić niebezpieczeństw zagrażające, moim zdaniem, ludziom i ludzkości. Tym niebezpieczeństwem jest właśnie „Łagodna Apokalipsa”, powolne lecz bezustanne podporządkowywanie sobie istot ludzkim przez zorganizowane struktury społeczne. Umownie nazywam te struktury państwami lecz mam na myśli wszelkie podobne twory.

To co głoszę nie jest czymś specjalnie nowym. Przedstawiane przeze mnie prawdy znane są od dawna. Niektóre z nich co najmniej od XIX wieku, by nie sięgać do starożytnych Greków. Jednak nie funkcjonują one tam gdzie przede wszystkim funkcjonować powinny a więc w świadomości społecznej i w świecie polityki. Dlatego też, jak sądzę, powinny zostać raz jeszcze powtórzone. I to głośno. Stąd mój szkic. Jeszcze raz powtórzę: prawdy, które w nim głoszę wydają mi się być zgoła banalnymi, jednak nadzwyczaj wielu tych, którzy z racji swojego usytuowania  w hierarchii społecznej owe („banalne”) prawdy powinni wyraźnie widzieć jakoś ich nie dostrzega.

Pierwsza wersja mojego eseju powstała jeszcze za czasów PRL. Podpisałem go wtedy pseudonimem Jan Seidżin. Wzbudził pewne zainteresowanie u tych nielicznych osób, do których dotarł. I przychylne i krytyczne. Potem mnie samemu wydawało mi się, że bieg wydarzeń zaprzeczył prezentowanym przeze mnie tezom. Pokornie przyjąłem to do wiadomości.

Myliłem się jednak. Teraz już wyraźnie widać, że te tezy były słuszne. Właśnie to ośmiela mnie do ich prezentowania tutaj.

Tę pierwszą wersję swojego eseju zadedykowałem „Komuś bez kilku lat wymieniania myśli z kim esej mój byłby czymś zupełnie innym niż jest” (to cytat z tamtej dedykacji). Z oczywistych wtedy względów, tego „Kogoś” ukryłem pod kryptonimem „A”. Ostrożność była wskazana, choćby ze względu na to, że „A” posiadał bodajże największą w Polsce bibliotekę i – co jeszcze ważniejsze! – „wypożyczalnię”  książek i publikacji bezdebitowych.

„A” to nieżyjący już prof. Alfred Rachalski, uczniem którego po trosze się czuję.

Niniejszym chciałbym ponowić tamtą swoją dedykację.

Tadeusz St. Piotrowski  (Jan Seidżin)

Gdańsk, wiosna 2004.


I) Laszlo, E.: „The Systems View of the World”. George Braziller. 1972. – pol. tłum.: Systemowy obraz świata. PIW. 1978.

Czerwiec 23, 2009 Posted by | ogólna teoria systemów, panstwo, realny socjalizm | Dodaj komentarz

Poprzedni wpis

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


1. System naturalny „państwo”

Aby zrozumieć istotę rzeczywistości w jakiej przyszło nam żyć w Polsce na początku XXI wieku warto popatrzeć na problem z szerszej perspektywy i przeprowadzić analizę funkcjonowania współczesnych zorganizowanych społeczeństw w ogóle. Dopiero w świetle takiej analizy mogą zostać ujawnione animujące tę rzeczywistość siły i mechanizmy. Zróbmy to zatem.

Trzeba się tu poruszać po nader grząskim i słabo rozpoznanym terenie. Dlatego też, aby uniknąć ewentualnych nieporozumień, zacznijmy od sprecyzowania kluczowych dla naszych przyszłych rozważań pojęć. Przynajmniej na tyle na ile to jest konieczne i na ile to okaże się możliwe.

Najbardziej istotnym z tych pojęć jest pojęcie państwo.

Jest to określenie wieloznaczne w najszerszym znaczeniu słowa wieloznaczność. Sposób rozumienia państwa zmienia się i historycznie i w zależności od doktryny wyznawanej przez twórcę danej definicji. Może ono mieć przy tym w obrębie tej samej definicji zakres znaczeniowy o różnej szerokości. Również w języku potocznym słowo „państwo” ma wiele różnorakich, odmiennych znaczeń.

Wydaje się, że najbardziej trafną merytorycznie i płodną poznawczo jest jedna z najstarszych koncepcji pojęcia państwa zakładająca tzw. podejście socjologizujące. Państwo traktuje się w nim jako „pewną zbiorowość ludzką – organizację, grupę społeczną I). W naszych dalszych rozważaniach będę konsekwentnie – za większością współczesnych badaczy problemu – trzymał się tego ujęcia. Ograniczę się przy tym do jego najszerszego zakresu znaczeniowego i będę traktował państwo jako organizację globalną obejmującą całe społeczeństwo.

Stosując podejście socjologizujące państwo można zdefiniować jako pewien system, tj. „skoordynowany układ elementów, zbiór tworzący pewną całość uwarunkowaną stałym logicznym uporządkowaniem jego części składowychII). Państwo jest, oczywiście, systemem społecznym.

Pojawiło się tu drugie z kluczowych dla tego eseju pojęć: system. Właśnie traktowanie państw jako pewnych systemów ma nam pozwolić na ich lepsze rozumienie.

Również i to pojęcie jest dalece niejednoznaczne. Przytoczone – niezbyt precyzyjne – określenie słownikowe to tylko tylko jedno z wielu znaczeń tego terminu. Określenia „system” będę używał właśnie w tym znaczeniu, a więc zawsze mając na myśli „zbiór elementów sprzężonych ze sobą w taki sposób, że tworzą one pewną całość wyodrębniającą się w danym otoczeniu III).

Przyjęcie, że państwa są to pewne systemy społeczne wcale jeszcze nie daje zadowalającej ich definicji. Stworzenie takiej definicji jest, samo w sobie, problemem trudnym (nie darmo nie znalazło ono – jak dotąd – zadowalającego wszystkich rozwiązania). Na szczęście nie jest to jednak niezbędne dla przedstawionych w tym szkicu rozważań. Dla naszych celów do przyjęcia jest – w zasadzie – zupełnie dowolna z  definicji proponowanych w obrębie podejścia socjologizującego. Co więcej, większość z tego co dalej zostanie powiedziane słuszne jest nie tylko w odniesieniu do państwa, lecz również i do wielu innych zorganizowanych społeczności ludzkich. Stąd – nie chcąc tracić z oczu zasadniczego celu naszych dociekań – możemy się zadowolić niezbyt precyzyjną definicją ich przedmiotu. Ustalmy zatem, że mówiąc o państwie będziemy mieli na myśli złożony, zorganizowany na zasadzie terytorialnej, wyposażony w środki przymusu system społeczny – nie wdając się w dalsze niuanse.

W systemie „państwo” można wyodrębnić dwie diametralnie różne klasy występujących tam zjawisk. Są to zjawiska związane z konstytuującymi system jednostkami ludzkimi i zjawiska związane z wytwarzaną przez te jednostki kulturą, w tym z kulturą materialną. Zasadnicza trudność analizy systemu leży w tej pierwszej klasie. Nie może to być, nawet w przybliżeniu, analiza deterministyczna, brak też danych do przeprowadzania jej innymi metodami. Istnieją, co prawda, liczne próby skonstruowania teorii funkcjonowania społeczeństw, lecz żadna z nich – jak dotąd – nie dała zadowalających, użytecznych rezultatów. Każda zawodziła w zasadniczym zastosowaniu – do predykcji zjawisk przyszłych. Co najwyżej udawało się przy ich pomocy, mniej lub bardziej przekonywająco, tłumaczyć ex post zaistniałe procesy. Zdaniem niektórych, często wybitnych autorytetów – mam zwłaszcza na myśli Carla Poppera – taka predykcja jest wręcz niemożliwa. Mój pogląd na ten temat jest nieco inny. Uważam, że rzecz polega na nieporozumieniu. Piszę o tym w ostatnim rozdziale niniejszego eseju, będącym czymś w rodzaju „aneksu metodologicznego”.

Tak czy inaczej, wydaje się, że nadzieje na przełamanie istniejącego tu impasu należy wiązać właśnie z ogólną teorią systemów. Już obecnie, pewne, skromne jeszcze wyniki jej zastosowania do badania organizacji społecznych rzucają wiele nowego światła na ich funkcjonowanie.

W podejściu systemowym charakterystyczne jest to, że analizuje się, przede wszystkim, sposób w jaki ustrukturowany jest dany fragment rzeczywistości. Bada się nie tylko elementy z jakich się on składa, ale zwłaszcza wzajemne relacje jakie istnieją pomiędzy tymi elementami i pomiędzy tymi elementami a otoczeniem. Uznaje się, że właśnie takie, odpowiednio wyabstrahowane relacje tworzą zbiór nieprzemijających, nieprzygodnych cech stanowiących o tym czym jest dany system. Są one nazywane jego inwariantami organizacyjnymi.

Z pojęciem systemu „państwo”, podobnie jak ze wszystkimi systemami z jakimi się stykamy, wiążą się inwarianty o różnych stopniach ogólności. Państwo można rozpatrywać jako określoną niepowtarzalną jednostkę, jako element jakiegoś zbioru państw, np. państw o danym ustroju politycznym, albo państw istniejących współcześnie, wreszcie jako element zbioru wszystkich państw w diachronii. W każdym z tych przypadków inwarianty organizacyjne będą, oczywiście inne. Coraz bardziej ogólne. Można w tym uogólnianiu pójść jeszcze dalej i spróbować umiejscowić system „państwo” w szerszej od niego klasie systemów. Jest to dla nas o tyle interesujące i ważne, że chcemy przecież zrozumieć jak ten system „działa”. Zaś wyjaśniać funkcjonowanie jakiegoś obiektu można wyłącznie na gruncie kategorii szerszych niż on sam (tak przy tym dobranych, by nie były zbyt ogólne).

Taką stosunkowo szeroką klasą systemów są systemy naturalne. Wysuwana jest hipoteza IV), że wszystkie systemy społeczne (tzw. systemy nadorganiczne), a więc i system „państwo”, należą do tej klasy. Z hipotezy tej wypływają daleko idące konsekwencje, warto więc zastanowić się nad jej sensem i nad jej zasadnością.

Zacznijmy od bliższego doprecyzowania pojęcia „system naturalny”. Może ono być zdefiniowane następująco: „systemem naturalnym jest każdy taki system, który nie zawdzięcza swego istnienia świadomemu planowaniu i działaniu człowieka IV). Przeciwieństwem systemów naturalnych są systemy sztuczne, stworzone przez ludzi. Tu, dla porządku, trzeba napomknąć, że w analizie systemowej zjawisk społecznych pojęcie system naturalny używane bywa także i w zupełnie innym znaczeniu: jako system istniejący obiektywnie, dany przez rzeczywistość, naturę, w przeciwieństwie do „systemów konstrukcyjnych”, będących tworami teoretycznymi ludzkiego umysłu. Z drugiej zaś strony twory, które tu będziemy nazywać systemami naturalnymi nazywane są też systemami samodzielnymi V).

Powyższa lakoniczna definicja jest niezbyt ścisła, ale – jeżeli oprzeć się również i na intuicji – w zupełności powinna nas zadowalać. Zgodnie z nią systemem naturalnym nie jest np. dom, jest nim natomiast osobnik należący do nowej, wyhodowanej przez człowieka rasy zwierząt (albo odmiany roślin), mimo iż w pewnym sensie jest on wytworem „świadomego planowania i działania człowieka”. Będę jeszcze wracał do tego bardzo ważnego przykładu.

Pewne problemy pojawiają się dopiero wtedy gdy spróbujemy poszukać odpowiedzi na pytanie czy państwa (i inne organizacje społeczne) są tworami naturalnymi, powstałymi spontanicznie czy też tworami sztucznymi, stworzonymi przez ludzi. Czy są systemami naturalnymi, czy też nie. To bardzo istotne pytania, na które trzeba koniecznie odpowiedzieć.

Spróbujmy do poszukiwania odpowiedzi zastosować jakąś metodę obiektywną. Niech to będzie następujące podejście: ustalmy wpierw jakimi inwariantami organizacyjnymi muszą charakteryzować się systemy naturalne, a potem sprawdźmy, czy występują one w systemie „państwo”. Jeżeli tak będzie, to system „państwo” będziemy mogli, a nawet będziemy musieli uznać za system naturalny.

Pierwszą czynnością jaką należy przeprowadzić, jest zatem poddanie analizie struktury systemów naturalnych w celu określenia, które z charakteryzujących je cech są niezbędne, by dany system mógł być rozpoznawany jako system naturalny. Jakie są inwarianty organizacyjne tej klasy systemów.

Analiza taka została przeprowadzona VI). Prezentując jej wyniki Ervin Laszlo wymienia cztery inwarianty systemów naturalnych.

Systemy te:

1. stanowią całości o nieredukowalnych właściwościach;

2. podtrzymują swe istnienie w zmieniającym się otoczeniu;

3. autokreują się w odpowiedzi na wyzwanie otoczenia;

4. pełnią rolę „dwukierunkowych łączników” w świecie przyrody.

Przeanalizujmy teraz właściwości systemu „państwo” pod kątem występowania w nich powyższych cech.

Inwariant wymieniony jako pierwszy właściwy jest wszelkim obiektom złożonym, będącym – w myśl naszej definicji – systemami. Są nimi właśnie dlatego, że stanowią pewne całości, a nie nieustrukturowane skupiska. Ich części składowe poukładane w system tworzą nową jakość.

Zorganizowane w dowolny sposób grupy ludzkie są niewątpliwie takimi właśnie całościami. Psychologowie od dawna uwzględniają ten fakt w swoich badaniach. Laszlo – jako elementarne, przekonujące przykłady – podaje w swojej książce przyjaźń i miłość. Powodują one, że para przyjaciół lub kochanków jest czymś więcej niż dwojgiem osób. Podobnie jest z parą dyskutantów stosujących platonowską metodę dialektyczną, albo z drużyną piłki nożnej. Państwo – zorganizowany system społeczny, złożony z jeszcze większej liczby nawzajem na siebie oddziałujących jednostek – ma, w sposób oczywisty, tym bardziej całościowy, nieredukowalny charakter. Jego właściwości żadną miarą nie są prostą sumą właściwości konstytuujących go ludzi. Ci sami ludzie przenosząc się do innego państwa, wchodząc w inne relacje, inne struktury, tworzą sobą najzupełniej inną rzeczywistość. To nie podlega dyskusji. Państwo posiada więc niewątpliwie pierwszą z czterech zasadniczych cech właściwych systemom naturalnym.

Drugi z wymienionych inwariantów jest szczególnie istotny dla naszych rozważań. Stwierdza on, przypomnijmy, że systemy naturalne podtrzymują swe istnienie w zmieniającym się otoczeniu (bo powstały w sposób „naturalny”, spontanicznie i gdyby nie mogły samodzielnie podtrzymywać swojego istnienia to … nie mogłyby istnieć). Odnosi się to, w sposób ewidentny, i do systemu „państwo” (jak również do wielu innych rodzajów grup i społeczności ludzkich). Niezależnie od typu i ustroju państwa zawsze wytwarzają mechanizmy i siły obronne, których zadaniem jest przeciwstawianie się dezintegracji tworu państwowego. Bywają one efektem świadomych ludzkich działań, ale zawsze tylko do pewnego stopnia. Nawet wtedy gdy państwem rządzi autorytarny władca. W istocie rzeczy ich źródłem jest sumowanie się setek i milionów zachowań jednostek, które – niezależnie od intencji poszczególnych osobników – powodują, że państwa nie upadają „samoistnie”, nawet gdy się tak pozornie wydaje. W rzeczywistości historia nie zna przypadku by uformowane, funkcjonujące państwo upadło w ten sposób. Zawsze można znaleźć jakieś przyczyny zewnętrzne, które do tego doprowadziły. Występuje tu ścisła analogia z biocenozami: dżungla amazońska istnieje od milionów lat i może zaniknąć właśnie tylko skutkiem przyczyn zewnętrznych. Inną rzeczą jest pytanie o to, na ile jest ona podobna do siebie samej sprzed tych milionów lat. Ta analogia jest szczególnie pociągająca, gdyż wydaje się, że państwa są istotnie czymś w rodzaju biocenoz ludzkich: „antropocenoz”.

Państwo posiada zatem i drugą z wymienionych wyżej „cech kanonicznych” systemu naturalnego.

Tutaj należy przypomnieć ukuty przez W. B. Cannona termin: homeostat. Pojęcie to będzie bardzo użyteczne w naszych dalszych rozważaniach. Pierwotnie odnosiło się ono do precyzyjnie działających mechanizmów dostosowawczych u istot ciepłokrwistych. Obecnie używane jest, w daleko szerszym znaczeniu, jako określenie na układ zdolny do samoregulacji zachowującej stałą równowagę. W tym sensie systemy naturalne są homeostatami, tj. obiektami realizującymi homeostazę.

Teza powyższa wykorzystuje również i dalszą, trzecią z kolei właściwość inwariantną systemów naturalnych. Zgodnie z nią, systemy te autokreują się na wyzwanie otoczenia. Mowa tu o takich zmianach wewnętrznych, które umożliwiają podtrzymywanie istnienia systemu w zmieniającym się otoczeniu. Inwariant ten dotyczy więc sposobu realizowania cechy omówionej wyżej jako inwariant drugi. Jest on dla nas szczególnie interesujący, gdyż daje nadzieję na prognozowanie przyszłych zachowań systemu „państwo”.

O ile bowiem odpowiedź na pytanie, czy ewolucja systemów naturalnych realizuje się zgodnie z jakimś celowo przyjętym, nadrzędnym planem musi być negatywna, o tyle można stwierdzić, że odbywa się ona według pewnego logicznego, możliwego do uchwycenia schematu. Istota tego schematu wypływa z realizowania przez dany system autokreacji pod wpływem presji otoczenia. Otoczeniem tym dla systemów naturalnych są inne systemy naturalne podobnego typu. Wzajemne oddziaływanie na siebie powoduje, że ich rozwój podlega daleko idącej korelacji. Stąd cechą charakterystyczną schematów ich rozwoju jest … „rosnąca koordynacja tworów poprzednio względnie odosobnionych, wyłanianie się pewnych ogólniejszych wzorców, łączenie się jednostek w organizmy nadrzędne oraz postępujące doskonalenie pewnego typu funkcji i reakcji. VII). W miejsce wielości i chaosu wprowadzają one hierarchię, jedność i ład.

Wszystko to obserwujemy w tworach państwowych. Organizują one coraz większe obszary ludzkiej aktywności, czynią to coraz bardziej drobiazgowo i uniformistycznie. W odpowiedzi na różnego rodzaju zagrożenia przebudowują swoje struktury. I znowu zauważmy, że istotne są tu nie tylko – a nawet nie przede wszystkim – świadome działania ludzkie.

Jesteśmy więc uprawnieni do stwierdzenia, że system „państwo”  posiada i tę, kolejną cechę właściwą systemom naturalnym.

Czwarty, ostatni inwariant organizacyjny systemów naturalnych polega na tym, że pełnią one rolę „dwukierunkowych łączników” w świecie przyrody. Cóż to takiego? Mówiąc tak mamy na myśli fakt, że systemy naturalne mają zawsze dwoisty charakter:  są systemami złożonymi z elementów, które są systemami naturalnymi i jednocześnie same są elementami innych systemów naturalnych. Wynika to z ogólnych praw rozwoju, które preferują takie struktury hierarchiczne. Prawo to, dobrze udokumentowane obserwacjami faktów empirycznych, zostało również wyprowadzone teoretycznie na gruncie ogólnej teorii systemów VIII).

System „państwo” jest takim łącznikiem. Jego elementami są systemy naturalne „jednostki ludzkie”. Można zresztą wyodrębnić i inne systemy nadorganiczne (a więc społeczne), takie jak różne partie, związki, grupy społeczne itp, będące z kolei łącznikami pomiędzy jednostkami ludzkimi, a państwem. System „państwo” jest również elementem systemów ogólniejszych. Są nimi różne organizacje międzynarodowe, pakty, bloki sojusznicze, a wreszcie system nadorganiczny „świat” – rozumiany jako ludzka społeczność Ziemi.

Tak więc i czwarty z inwariantów systemu naturalnego występuje w systemie „państwo”. Wobec tego, jeżeli – jakeśmy to zrobili na wstępie – uznać, że inwarianty te są warunkami koniecznymi i wystarczającymi, by charakteryzujący się nimi obiekt można było uznać za system naturalny, to tezę o przynależności systemu „państwo” do systemów naturalnych trzeba uważać za przekonująco uzasadnioną.

Do wniosku takiego prowadzi również konsekwentna w obiektywizmie, rzetelna analiza historiozoficzna funkcjonowania tworów państwowych. Jeśli jest taką to musi wykazać, że wszelkie twory państwowe powstawały – w istocie rzeczy – w sposób spontaniczny, naturalny i rządzą się prawami obiektywnymi właściwymi dla tego typu obiektów. Niewątpliwie wielką rolę w tym funkcjonowaniu odgrywają świadome działania ludzkie. Są one jednak niejako wbudowane w ogólniejsze mechanizmy społeczne. Mechanizmy te tworzy efekt sumowania się wielu różnorakich dążeń i działań ludzkich w obiektywny proces od tych dążeń i działań względnie niezależny. Mówiliśmy już o tym. Będziemy do tej myśli wracać w dalszych rozdziałach tego eseju.

Przyjęcie tezy, że państwo jest systemem naturalnym pociąga za sobą wiele ważkich konsekwencji poznawczych. Niektóre z nich zarysowały się już przy analizowaniu przez nas inwariantów organizacyjnych systemów naturalnych. Najbardziej istotną z nich wydaje się być nadzieja na uchwycenie schematów rozwojowych tworów państwowych, na prognozowanie – choćby zgrubne – ich ewolucji. Trudno przecenić znaczenie tego faktu. Prognozowanie takie jest przecież niespełnionym – jak dotąd – marzeniem wszystkich teoretyków procesu społecznego.

Koncepcja państwa jako bytu „nie będącego dziełem rąk ludzkich” wcale nie jest do końca intuicyjnie oczywista. Wręcz odwrotnie, wydaje się stać w rażącej sprzeczności z postrzegalną rzeczywistością. Przecież to ludzie, świadomie i celowo podejmują decyzje determinujące strukturę i funkcjonowanie swojego państwa! Tak to pozornie wygląda. W rzeczywistości jednak państwo jest w jeszcze mniejszym stopniu wytworem człowieka niż owe wspomniane już, „tworzone przez niego”, nowe odmiany roślin i zwierząt. Tam istnieją chociaż pewne zasoby wiedzy empirycznej i metody sztucznego sterowania naturalną w swojej istocie ewolucją pewnych systemów naturalnych. Sterowanie to przy tym, w sposób oczywisty, może dać jakieś efekty jedynie w stosunkowo wąskich granicach wytyczonych przez nieprzemijające właściwości tych systemów. Co najwyżej podobnych wyników można oczekiwać w przypadku świadomego sterowania ewolucją tworów państwowych.

Idealistyczny, nienaukowy ogląd państwa jako bytu przedmiotowego, dającego się świadomie i dowolnie kształtować (aż do „zniesienia” włącznie) występuje w wielu historycznych doktrynach państwa i prawa. Jego elementy – paradoksalnie, bo przecież, w gruncie rzeczy, w jaskrawej sprzeczności z podstawowymi tezami tzw. materializmu historycznego – legły również u podstaw marksistowskiej teorii państwa. Fakt ten stał się szczególnie brzemienny w następstwa. Wyprowadzone bowiem z tej teorii wnioski praktyczne, skutkiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności historycznych, zostały wcielone w życie. Zaciążyło to fatalnie na losach miliardów istnień ludzkich.

Jedną z bezpośrednich konsekwencji uznania tworów państwowych za systemy naturalne jest traktowanie ich jako bytów podmiotowych. Mając to właśnie na myśli będę dalej – ze względów stylistycznych – nazywał system „państwo” potworem, demonem, lewiatanem, dodając do tego stosowne dookreślenia.

Taką koncepcję można zaatakować z pozycji „brzytwy Ockhama”. Rzeczywiście, wszystkie procesy związane z istnieniem państw można tłumaczyć stosując inne sposoby, bez powoływania do istnienia takich bytów. Będę to – w ograniczonym zakresie – robił w następnych rozdziałach. Jednak, jak się przekonamy, proponowany tu sposób patrzenia na państwo daje niezaprzeczalne korzyści. Pozwala wychwytywać prawidłowości kiepsko widoczne przy stosowaniu innych optyk. Daje proste wyjaśnienia dla zjawisk niezbyt zrozumiałych gdy do analiz wykorzystuje się inne metodyki. Przecież nikt nie kwestionuje tego, że funkcjonowanie, przykładowo, wahadła, łatwiej jest objaśniać nie interesując się zachowaniem pojedynczych, tworzących je atomów, lecz raczej zakładając, że tworzą one pewną nieredukowalną strukturę, system. Byt w stosunku do tych atomów względnie autonomiczny. Dlaczegóż by ta metoda miała być nie do przyjęcia w zastosowaniu do ludzi i ich społeczności?

Traktowanie instytucji społecznych jako obiektywnych bytów podmiotowych jest szeroko przyjęte we współczesnej antropologii i to zarówno przez uczonych wychodzących w swoich teoriach od badań terenowych (jak Bronisław Malinowski z jego szkołą antropologii funkcjonalnej), jak i przez tych dla których społeczeństwo ludzkie jest szczególnym przypadkiem wynikającym z teorii bardziej ogólnej (jak Ludwik von Bertalanffy z jego ogólną teorią systemów).

Spośród publicystów politycznych metodą tą interesował się (np.) Raymond Aron. Mówiąc o systemach społecznych zauważał: …”socjolog obserwując je nie tworzy ich, one istnieją, ale innym rodzajem istnienia niż pojedynczy osobnik ograniczony biologicznie. W tych ‘rzeczach społecznych’ większość osobników jest w sposób oczywisty zamienna i sezonowy zastępca listonosza wypełnia tę samą funkcję co etatowy listonosz przebywający w tym czasie na urlopie. Głęboko fascynują mnie te analizyIX).

Podobnie wypowiada się na ten temat Józef Maria Bocheński: „Społeczeństwo jest zespołem rzeczy powiązanych relacjami realnymi. I wskutek tego społeczeństwo jest czymś więcej niż sumą ludzi i może mieć własne prawa X).

Zaś znana łacińska sentencja powiada: „Senatores boni viri senatus autem mala bestia.


I) Kowalski, J., Lamentowicz, P., Winczorek, P.: „Teoria państwa i prawa”. PWN. 1981.

II)Słownik wyrazów obcych”. PWN. 1972.

III) Laszlo, E.: „The Systems View of the World”. George Braziller. 1972. – pol. tłum.: Systemowy obraz świata. PIW. 1978.

IV) Laszlo, E.: op. cit.

 

V) por. Mazur, M.: „Cybernetyka i charakter”. PIW. 1976.

VI) Laszlo, E.: op. cit.

VII) Laszlo, E.: op. cit.

VIII) por. Bertalanffy, L. von: General System Theory. Foundations, Developement, Applications. George Braziller. New York 1973. – pol. tłum: Ogólna teoria systemów. Podstawy, rozwój, zastosowania. PWN. 1984.

IX) Aron, R.: Mémoires. Juliard. 1983.

X) Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys. Les Editions Noir sur Blanc. 1988.

Czerwiec 23, 2009 Posted by | ogólna teoria systemów, panstwo | Dodaj komentarz

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


2. Autonomiczny demon

Zasadniczą konkluzją poprzedniego etapu naszych rozważań są dwie tezy:

- państwo jest systemem naturalnym

- jako takie, jest ono homeostatem.

Pierwsza z tych tez daje odpowiedź na pytanie o istotę państwa i umożliwia wnioskowanie o przyszłym rozwoju tworów państwowych, druga objaśnia jakie są realizowane przez nie cele.

Podane w syntetycznym skrócie odpowiedzi te są następujące:

Państwa są tworami w istotnym stopniu niezależnymi od konstytuujących je jednostek ludzkich. Powstają w sposób spontaniczny, naturalny. Istnieją i rozwijają się według schematów rozwojowych właściwych takim organizmom. Świadome oddziaływanie człowieka na państwo sprowadza się do wywoływania sztucznych zakłóceń, które jedynie w ograniczony, a poza tym trudno przewidywalny sposób wpływają na nie sterująco. Istotą tego sterowania jest przy tym to, że wywołuje ono ze strony tworu państwowego przeciwdziałania kompensujące, umożliwiające realizowanie – pomimo występowania zakłócenia – zasadniczego celu jaki stoi przed tym tworem. Celem tym jest kontynuowanie istnienia. Celem ubocznym, pomocniczym w realizowaniu celu zasadniczego, jest samodoskonalenie się wewnętrzne (organizacja państwa) i zewnętrzne (struktury ponadpaństwowe). Samodoskonalenie to polega na eliminowaniu wszelkiego chaosu i wprowadzanie w jego miejsce harmonii i ładu. Ponieważ elementami konstytuującymi państwa są jednostki ludzkie ów ład i harmonia polegają na podporządkowaniu ich sobie przez państwo, na ich zniewoleniu.

Mówiąc nieco innym językiem, naturalnym trendem rozwojowym wszelkich tworów państwowych jest przekształcanie się w państwa typu totalitarnego, w którym władzę sprawują nie ludzie, lecz wyobcowany, realizujący własne „nieludzkie” cele, autonomiczny, bezosobowy twór: naturalny system nadorganiczny „państwo”. Dzieje się tak niezależnie od zbiorowej i indywidualnej świadomości ludzi.

Tu uwaga: publicystycznego, nacechowanego emocjonalnie negatywnie terminu „totalitaryzm” używam w sensie obiektywistycznym, zaproponowanym przez ojca Józefa Bocheńskiego. A więc nie jako nieprecyzyjnej wartosciującej pejoratywnie etykietki, lecz jako pojęcia ściśle zdefiniowanego w ramach analizy zakresu wolności jednostek ludzkich w różnych systemach społecznych. Wskazującego mianowicie na taki system społeczny, w którym „żaden człowiek nie jest wolny w żadnej dziedzinieI).

Tak rozumiany system totalitarny jest, rzecz jasna, nierealizowalnym w praktyce „ideałem”. Jednak w ostatnich czasach – wobec rosnącego przyśpieszenia wszystkich procesów społecznych – wizja państwa w pełni totalitarnego staje się coraz bliższa, coraz konkretniejsza. Jednocześnie pojawiły się też i przesłanki dla nadziei, że nigdy do ostatecznego zrealizowania się tej ewolucji nie dojdzie. Jedno i drugie związane jest z powstaniem i upadkiem pewnej grupy państw, które na tej drodze przekroczyły swoisty próg jakościowy, a potem w swojej ewolucji cofnęły się. Przynajmniej tak to wygląda. Są to państwa tzw. realnego socjalizmu. Obserwacja tych tworów państwowych stanowi zasadniczą podstawę rozwijanych w tym szkicu rozważań.

Jednak i w innych krajach nazwany proces staje się coraz bardziej widoczny. O większości współczesnych tworów państwowych można już teraz powiedzieć, że charakteryzują je trzy wynikłe z niego dominujące cechy: autonomiczność, dominacja nad społeczeństwem i zniewalanie jednostek ludzkich.

Pierwsza z tych cech – autonomiczność – jest właściwa każdej organizacji państwowej. Potwierdziliśmy sobie to już wyżej przy okazji analizowania cech inwariantnych systemów naturalnych. Jest to sama istota państwa. Jej zasadniczym przejawem jest realizowanie przez twory państwowe swoich własnych celów, niekoniecznie wynikających z interesów konstytuujących je jednostek ludzkich. Cecha ta skutecznie maskowana jest przez to, że w poszczególnych okresach czasowych, cele realizowane przez państwo wydają się być zbieżnymi z celami wynikającymi z interesów różnych jednostek i grup społecznych. Działa tu prosty mechanizm związany z udziałem tzw. „graczy naiwnych” w tzw. „grze o sumie zerowej”, gdzie wszyscy uczestnicy przegrywają w stosunku do „banku”. Tymi „graczami” są ludzie – „bankiem” jest system naturalny „państwo”. Rzecz jasna „przegrane” poszczególnych „graczy” nie są tej samej wysokości. Ci, którzy postępują w sposób „korzystny” dla systemu są za to nagradzani. Ta zbieżność interesów jest jednak koniunkturalna i, gdy analizować dłuższe okresy czasu, często jawi się ona jako pozorna. Dawała ona (np. twórcom marksizmu) asumpt do stawiania diagnozy, że państwo jest narzędziem dominacji jednej grupy społecznej (klasy) nad innymi. W rzeczywistości jednak – jak to wynika i z naszych rozważań – to raczej poszczególne grupy społeczne są narzędziami państwa w jego działaniach mających na celu podtrzymywanie swojego istnienia i doskonaleniu swoich struktur. Narzędziem w istocie bezwolnym, chociaż odnoszącym z wykonywanych przez siebie usług korzyści – niekiedy znaczne.

W żadnym ze współczesnych tworów państwowych władza nie jest, „tak naprawdę”, sprawowana ani przez społeczeństwo, ani też przez jakąkolwiek jego grupę (np. tzw. elitę władzy).

Tzw. ludowładztwo jest zawsze nieomal zupełną fikcją – nawet w państwach o najlepiej rozwiniętych systemach demokratycznych. Przede wszystkim brak jest w nich wystarczająco efektywnych mechanizmów wpływania przez społeczeństwo na bieg spraw państwowych. Stosowany tu najczęściej mechanizm wyborczy jest co najmniej niezadowalający. Wybór reprezentantów społeczeństwa i urzędników państwowych dokonywany jest jedynie okresowo i zawsze na podstawie ograniczonej, niepełnej informacji o kandydacie. W praktyce spośród niewielkiego ich grona. Specyfika mechanizmu powoduje, że wybierani są nie ci ludzie, którzy mają najlepsze predyspozycje do kierowania państwem, lecz ci, którzy potrafią przepchnąć się przez „maszynkę wyborczą”, a więc posiadający zupełnie inne kwalifikacje. W dobie TV pojedynek „bezmózgiego” przystojniaka z nieatrakcyjnym zewnętrznie geniuszem intelektu nieomal nieuchronnie musi się kończyć porażką tego drugiego.

Jonathan Schell pisze na ten temat tak: „[Konstytucja amerykańska] wprowadzając system demokracji przedstawicielskiej ustanowiła klasę ludzi, którzy jako reprezentanci narodu w pełni uczestniczą w życiu politycznym kraju oraz dużo liczniejsząa klasę tych, którzy uczestniczą formalnie w systemie politycznym tylko podczas wyborów. Poszukiwanie pośrednich instytucji, które zasypałyby przepaść między tymi dwoma klasami zawsze było problemem amerykańskiej demokracji. (…) Dziś (…) wszystkie tradycyjne instytucje pośredniczące, w tym partie polityczne chylą się ku upadkowiII)

W okresach pomiędzy wyborami wpływ społeczeństwa na wyłonione już władze jest niewielki, zresztą – jak to zaraz zostanie wykazane – nie ma to specjalnego znaczenia wobec uwarunkowań jakimi te ostatnie podlegają. W historii tylko sporadycznie pojawiały się modele sprawowania władzy mocniej uzależniające rządzących od rządzonych (np. sejmokracja w I Rzeczpospolitej), ale szybko ulegały erozji i wynaturzeniu.

Również referenda nie rozwiązują problemu wpływania przez społeczeństwo na państwo. Przede wszystkim zazwyczaj ważniejsza jest w nim sama treść pytania niż uzyskana na nie odpowiedź. Po drugie, dysponenci środków masowego przekazu z łatwością mogą posterować w kierunku otrzymania odpowiedzi pożądanej, a to na drodze manipulowania informacją. Po trzecie (i w związku z drugim), o decyzji podjetej w wyniku referendum decydują głosy oddane przez najliczniejsze rzesze ludzi najmniej kompetentnych do zabierania głosu w danej sprawie. Ludzi, którzy mają ledwo „zielone pojecie” o istocie problemu. Albo nie mają żadnego pojęcia. Albo nawet nie rozumieją o co są pytani.

I tu przechodzimy do innego, ważnego problemu. Ludzie nie interesujący się na codzień problematyką rządzenia nie posiadają wystarczających kompetencji do kierowania nowoczesnym, złożonym tworem państwowym. Współcześni badacze zajmujący się problematyką socjologii sprawowania władzy nie mają co do tego najmniejszych wątpliwości. Ich zdaniem tzw. opinia publiczna jest irracjonalna, podatna na reklamę, perswazję i argumenty emocjonalne. Nie jest zatem zdolna sprawować rozsądnej kontroli nad swoim postępowaniem i swoimi decyzjami. Stąd nawet w najbardziej demokratycznych współczesnych państwach działa pewien swoisty mechanizm działający na zasadzie samopotwierdzającej się hipotezy: Ponieważ społeczeństwo uważa się za niekompetentne, w obawie by nie podejmowało szkodliwych dla siebie (utożsamianych z szkodliwymi dla państwa) decyzji, nie dostarcza mu się rzetelnych informacji, blokuje możliwości rzeczywistego wpływu na bieg wydarzeń. Pogłębia to niekompetencję ludzi, prowadzi do frustracji z powodu własnej bezsilności, co owocuje powszechnym trendem do ucieczki w partykularyzm, prywatność, brak zainteresowania sprawami ogólniejszymi. Proces ten umacnia niezależność państwa od społeczeństwa.

Stąd wzrasta rola tzw. elity władzy. Ale również elity władzy jedynie pozornie kontrolują państwo. Przede wszystkim ich członkowie są starannie dobierani. Selekcji dokonuje autonomiczny system przy pomocy tworzących go ludzi. Przechodzą przez jej sita wyłącznie jednostki o cechach korzystnych z jego punktu widzenia, posłuszni jego poleceniom i wymaganiom. Zostają oni w toku selekcji tak urobieni, by móc innym wydawać te polecenia i stawiać te wymogi – w imieniu państwa (rozumianego jako autonomiczny, bezosobowy system) i w interesie państwa. Ludzie nowi (np. pochodzący z wyboru przedstawiciele społeczeństwa) będący elementami „przypadkowymi”, zostają albo odrzuceni albo odpowiednio „urobieni”, „wchłonięci” przez system. Działające tu mechanizmy są związane ze zniewalaniem jednostek – będziemy jeszcze o nich mówić.

System „państwo” w swojej strukturze hierarchicznej opiera się na mniej lub bardziej rozbudowanej biurokracji. Funkcjonuje ona według własnych obiektywnych praw. Najważniejszym z nich jest konserwatyzm. Wszelkie decyzje są w istocie podejmowane zbiorowo – niezależnie od formalnej pragmatyki. Nawet jeżeli decydentem jest pojedyncza osoba, musi ona podlegać naciskom, podszeptom lub choćby zwykłej, czasami zakamuflowanej obawie przed dezaprobatą współpracowników. Także takim „pojedynczym” decydentom trudno jest zdobyć się na inną decyzję niż zachowawcza. Zachowawcze natomiast są zawsze – z istoty rzeczy, jako wynik „uśredniania” różnych poglądów – decyzje podejmowane zbiorowo. Dokonuje się ich na podstawie uogólnionych i wyselekcjonowanych informacji. Poszczególne stopnie pośrednie machiny biurokratycznej, stanowiące o tym jakie informacje i jak interpretowane, mają być przekazane stopniom wyższym, są warunkowane przez decyzje uprzednie. Muszą więc być zawsze konserwatywne. Dostarczane do właściwego organu decyzyjnego informacje już zawierają elementy decyzji. W efekcie decyzje te są podejmowane nie tyle przez ludzi ile przez system jako całość. Elita władzy nie tyle rządzi państwem ile, co najwyżej, dozoruje je, a ściśle – jak to już powiedzieliśmy – jest narzędziem w rękach autonomicznego potwora.

Teza o tym, że współczesne państwo, w coraz większym stopniu dominuje nad społeczeństwem – jak się wydaje – nie wymaga specjalnego uzasadniania. Jest oczywista. Ta dominacja rzuca się w oczy. Państwo przejmuje na siebie coraz więcej różnych funkcji, wkracza w coraz większą ilość dziedzin życia, coraz bardziej uzależnia od siebie konstytuujące je jednostki. W realnym socjalizmie ta dominacja była nieomal absolutna: państwo karmiło, przyodziewało, uczyło, leczyło, bawiło, zapewniało mieszkanie – i tak „od żłobka do nagrobka”. W krajach byłego „obozu socjalistycznego” wiele z tego zostało i wcale nie ma zamiaru zanikać – przysłowiowy (dzięki Januszowi Korwin-Mikke) obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa wprowadzono już po „upadku komuny”. Również w krajach gdzie pozornie respektowane są ideały wolności obywatelskich, system podejmuje za jednostkę ogromne ilości decyzji. Przy tym należą do nich decyzje najwyższej wagi: o pokoju i wojnie, o życiu w nędzy czy w dobrobycie … Tu należy zauważyć, że znaczna część gospodarki kraju bywa w bezpośrednim władaniu państwa, a jej całość jest przez nie, przynajmniej częściowo, kontrolowana. Szczególnie mocno przejawia się to od czasów roosvelt’owskiego New Deal’u, opartego o interwencjonizm państwowy. W wyniku powstaje tzw. kompleks gospodarczo-polityczny będący jedną z agend i postaci państwa.

Dominując nad społeczeństwem państwo uzależnia od siebie i zniewala jednostki. Jednostka jest jedynie kółkiem, trybikiem w strukturze maszynerii systemu. Jej pozycja społeczna, prestiż, poziom życia i sposób jego prowadzenia są ściśle uwarunkowane przez usytuowanie w tej strukturze. Poza nią jednostka staje się bezużytecznym nieprzydatnym elementem, tracącym jakąkolwiek rację bytu. Staje się zerem, nikim. A we współczesnym świecie nie ma bezludnych wysp, gdzie możnaby się schronić przed społeczeństwem Jedynie bardzo nieliczne, ekstremalnie zamożne osoby mogą sobie takie „bezludne wyspy” sztucznie stworzyć.

Stąd dwoma zasadniczymi kryteriami jakimi jednostka musi się kierować są: utrzymanie swojej pozycji w strukturze społecznej i zajmowanie coraz lepszych pozycji.

Taka postawa łamie solidarność międzyludzką. Powoduje, że każdy staje samotny wobec bezosobowego potwora. Innym efektem jest przedkładanie w jednostkowych działaniach wyobcowanych interesów machiny nad rzeczywiste interesy ludzi. Im jednostka ma większe, formalne możliwości działania, tym jej partykularne interesy prywatne są bardziej zbieżne z interesami systemu. Jednostki widzące antyspołeczny charakter tych interesów i próbujące się przeciwstawiać machinie, są usuwane przez nią ze swoich struktur – oczywiście rękoma innych jednostek. Co więcej, ludzie tacy nie mają zbyt dużo szans na znalezienie się na wystarczająco eksponowanym miejscu w strukturze systemu, by ich ewentualna działalność przeciwko niemu rokowała jakieś nadzieje. Przecież zasadniczym kryterium selekcji aparatu władzy jest służebność wobec machiny, zaś funkcjonowanie w jej strukturach jeszcze taką wewnętrzną orientację umacnia. Poza tym pozorna zbieżność interesów państwa z interesami uprzywilejowanych grup społecznych ma zazwyczaj charakter względny. Z perspektywy indywidualnego życia ludzkiego ta pozorność bywa niezauważalna. Chociaż elitom władzy PRL-u materialnie powodziło się gorzej niż wielu „zwyczajnym” ludziom na Zachodzie, jej członkowie nie mieli wątpliwości, że warto podtrzymywać uprzywilewujący ich system.

Jednak zasadnicza istota zniewalania jednostek przez demona systemu polega na czymś innym. Na tym mianowicie, że państwo narzuca postawy i działania sprzyjające jego podtrzymywaniu również jednostkom które nie czerpią z tego najmniejszych korzyści. W rzeczywistości wszyscy, niezależnie od swojej poozycji w strukturze maszynerii państwa są zaangażowani w jej służbie. Każdy na swoim odcinku i na miarę swoich możliwości. Niezależnie od swoich poglądów i swojego rozeznania istoty systemu.

Machina wymusza to najróżnorodniejszymi sposobami. Najważniejszymi, z nich są: strach i fałszywa świadomość. Razem z  omówionym wyżej, bazującym na zbieżności interesów, tworzą one trójkę, którą używając dosadnego języka, można nazwać marchewką, kijem i ogłupianiem.

Strach przed molochem państwa może przybierać wiele form, często bywa irracjonalny, a także nieuświadomiony. Efektem podejmowania działań sprzecznych z interesem systemu jest zawsze jakieś – mniejsze lub większe – rozchwianie stabilizacji jednostki. Powstaje ono przy każdych sposobach zachowań innych niż utarte, zachowawcze. Stąd niechęć jednostek do podejmowania takich działań. Niechęć podbudowana nieuświadomionym strachem. Każe ona nie dostrzegać różnych patologii występujących w najbliższym otoczeniu, w miejscu pracy, zamieszkania, a już raczej krytykować zjawiska odległe, w sprawach których jest się mniej kompetentnym, zwłaszcza zaś ma się znikome możliwości realnego na nie oddziaływania.

Strach może oczywiście występować w bardziej bezpośredniej, jaskrawej postaci. Dla wielu jednostek ludzkich jest on jedynym motywem zgłaszania się do przymusowej służby wojskowej, do płacenia podatków, a choćby do przymusowego zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie. Przykłady można mnożyć. Państwo ma wiele sposobów, by terroryzować swoich obywateli – najczęściej „dla ich dobra”.

Istnieją sytuacje gdy strach – strach o życie – zmusza ludzi do strzelania do innych ludzi. Przy tym bywa tak, że gdyby strzelający nie nosił munduru, to sam stanąłby „po drugiej stronie barykady”. Wystarczy wspomnieć Kaszubów w hitlerowskiej armii. U nas, w Polsce zdarzało się to wielokrotnie. Ostatni raz całkiem niedawno. To także strach – strach przed odpowiedzialnością, strach o utratę przywilejów  – kazał innym ludziom wydawać rozkazy strzelania do współbraci. To strach zamyka usta, zmusza do podpisywania hańbiących oświadczeń, do współpracy z tajnymi służbami – wbrew woli i przekonaniu.

Wiele jest różnych odmian strachu. Jednym z jego zakamuflowanych przejawów jest obawa przed narażeniem się na śmieszność z powodu podejmowania działań nieskutecznych. Á lá Don Kichot. W czasach PRL za takie ośmieszające zachowanie uchodziło – w pewnych środowiskach – branie udziału w bojkocie wyborów. Gest nie pociągający za sobą żadnych realnych skutków, a – potencjalnie – mogący zaszkodzić wykonującej go osobie, a więc „infantylny”. Zapewne każdy mógłby tu przytoczyć jakiś przykład gdy postąpił wbrew społecznym – zresztą często również i wbrew własnym, indywidualnym – interesom, byleby okazać się „równym facetem”, a nie „nie znającym życia” frajerem. Obecnie nasila się, importowany z Zachodu terror political correctness. Ośmiesza się „oszołomów”, a więc ludzi, którzy bezkompromisowo bronią jakichś racji. Demon systemu dostaje nowe, potężne, niezwykle niebezpieczne dla jednostek ludzkich narzędzie oddziaływania poprzez strach.

Tu już jednak zaczynają występować i elementy trzeciego z wymienionych przez mnie mechanizmów zniewalania jednostek przez system „państwo”: fałszywa świadomość.

Jedną z elementarnych potrzeb psychicznych człowieka jest potrzeba samoafirmacji, szacunku dla samego siebie. Niesposób na dłuższą metę żyć w przekonaniu, że się postępuje sprzecznie z wewnętrznym kodeksem etycznym. Jednak z trzech wchodzących tu w rachubę elementów: kodeks etyczny, rzeczywistość i świadomość jednostki, najbardziej plastycznym jest ten ostatni. Kodeks etyczny, jako narzucony jednostkom przez cywilizację, która ich ukształtowała, nie może być dowolnie zmieniany. Równie odporna na manipulowanie bywa rzeczywistość. Najłatwiej jest doprowadzić do uzgodnienia postaw i zachowań z kodeksem etycznym jednostki nie poprzez zmianę postępowania, ale poprzez odpowiednią jego interpretację. Tu tkwią zasadnicze, główne korzenie fałszywej świadomości: za prawdę chętnie przyjmowane są twierdzenia dla jednostki wygodne. Nie ma to nic wspólnego z obłudą – to orwelowskie „dwójmyślenie”. Subiektywnie, najbardziej absurdalne sądy mogą być uznawane w jak najlepszej wierze. Efekt ten jest dobrze znany psychologom. W dziedzinie polityki jest on doskonale poświadczony licznymi wyznaniami różnych dysydentów prezentujących, po zmianie przekonań, swoje poprzednie zapatrywania.

Równie ważną rolę przy wykształcaniu się fałszywej świadomości ma oddziaływanie propagandy, a więc celowe manipulowanie postawami. A działa ona dwukierunkowo: i na indoktrynowanych i indoktrynujących. Powtórzone tysiąc razy kłamstwo zaczyna robić wrażenie prawdy również na tych którzy je wymyślili.

Trzecim, formalnie rzecz biorąc najważniejszym, źródłem fałszywej świadomości są błędne teorie naukowe, fałszywie tłumaczące mechanizmy funkcjonowania społeczeństw. Nauki społeczne ciągle jeszcze dysponują jedynie zbiorami niezbyt przekonywująco uzasadnianych hipotez. Często ze sobą nawzajem sprzecznych. Ze względów politycznych w obiegu są ciągle jeszcze XIX-wieczne, ewidentnie przestarzałe, czasami wręcz dyletanckie teorie. Niestety czasami właśnie w oparciu o nie podejmowane są decyzje najbardziej istotne dla jednostek i dla społeczeństw.

Trzecim źródłem fałszywej świadomości jest więc niewiedza, a także fałszywa wiedza. Może właśnie ta ostatnia przede wszystkim. To ona tak często bywa odpowiedzialna za to, że szlachetne intencje owocują przerażającymi skutkami.

Tu trzeba wspomnieć o inteligencji. Jest ona, jako grupa społeczna, szczególnie silnie wpasowana w system. I dlatego szczególnie podatna na „zarażanie się” fałszywą świadomością. Jest to fakt nie do przecenienia, bo przecież właśnie inteligencja narzuca społeczeństwu swój ogląd rzeczywistości.

Zjawisko masowego występowania fałszywej świadomości u warstw najbardziej oświeconych opisywał przenikliwy obserwator społeczeństwa radzieckiego, Aleksander Zinowiew. Ukuł on pejoratywną etykietkę: homo sovieticus. To „nowy człowiek” – produkt po trosze świadomego projektowania, po trosze naturalnej ewolucji. Jego charakterystyczną cechą jest specyficzny, konformistyczny, „dialektyczny” sposób myślenia, zwany przez Zinowiewa „kalkulacją społeczną”. Jego przedstawiciele to „najbardziej wykształcona część społeczeństwa radzieckiegoIII). Jest niezwykle symptomatyczne, że w Polsce przekręcono o 180 stopni sens nowoutworzonego terminu i przyklejono tę obraźliwą etykietkę szerokim rzeszom szarych ludzi. A więc tym, za uformowanie których socjalizm jest względnie mało odpowiedzialny (byli stosunkowo „daleko” od niego). Zinowiew wręcz twierdzi, że: „szerokie masy ludowe nie dorosły do poziomu homo sovieticusa. Niewykluczone, że nigdy nie dorosną do tego poziomu”. To prawda, że wiele tu „ludzi leniwych, roszczeniowych, ksenofobicznych”, ale co to ma wspólnego z realnym socjalizmem? Tacy są i tacy na ogól zawsze byli szarzy ludzie na całym świecie. Nie ma żadnego powodu by ich przedstawicielom z naszych czasów i z naszych okolic globu dawać jakieś specjalne etykietki. Zaś w samej zamianie sensu terminu „homo sovieticus” łatwo się dopatrzeć właśnie przejawu funkcjonowania swoistego nieuświadomionego cynizmu, właśnie fałszywej świadomości.

Przedstawiony wyżej zarys analizy jest fragmentaryczny, daleki od systematyczności. Nie celuje on w odsłonięcie wszystkich mechanizmów zniewalania ludzi przez autonomicznego demona, a ma za zadanie wykazać jedynie samo istnienie zjawiska. Te przedstawione wyżej są konkretyzacjami ogólniejszych mechanizmów zniewalania ludzi przez tworzone przez nich społeczności. Człowiek jako „zoo politikon” nie może żyć poza społeczeństwem i musi podporządkowywać się jego wymogom. A – jakeśmy to już wykazali – społeczności ludzkie są czymś więcej niż zbiorami jednostek. Są bytami podmiotowymi, realizującymi własne cele niekiedy skrajnie ignorujące potrzeby konstytuujących je jednostek ludzkich.

Koncepcja państwa-lewiatana znana jest co najmniej od połowy XVII wieku, kiedy to sformułował ją Tomasz Hobbes. Nie ma ona jednak zbyt wiele wspólnego z tym co zarysowano wyżej. Hobbes’owski lewiatan powstaje w wyniku świadomej umowy międzyludzkiej. Sterowany jest przez ludzi i dla ludzi. Jego cele są celami społeczeństwa. Różnice są więc zasadnicze.

Przedstawiona przez mnie koncepcja nie rości sobie jednak wcale pretensji do oryginalności. Podobne lub identyczne poglądy na rolę państwa i społeczności ludzkich głosiło i głosi wielu zajmujących się tą problematyką badaczy. Chciałbym tu przywołać dwu z nich: Piotra Kropotkina i właśnie Aleksandra Zinowiewa.

Motto tego eseju pochodzi z niewielkiego tekstu pierwszego z nichIV), będącego czymś w rodzaju testamentu intelektualnego tego wybitnego teoretyka (i rewolucjonisty). Sędziwy uczony, u kresu swych dni, obserwując funkcjonowanie rodzącej się na jego oczach nowej formacji ustrojowej, nazwanej później realnym socjalizmem, dostrzegł to co ja tutaj staram się wykazać: obiektywny, niezależny od woli ludzkiej charakter rządzących tymi narodzinami procesów. Wydaje się, że wbrew krzykliwym pozorom idee Starego Księcia zostały obecnie zupełnie zapoznane. Wyjątek stanowią ci badacze, którym dane było stanąć „twarzą w twarz” z potworem autonomicznego systemu w jego najbardziej – jak dotąd – dojrzałej postaci. Najwybitniejszym z nich jest, jak sądzę, rosyjski filozof, matematyk i socjolog Aleksander Zinowiew. W swoich książkach o komunizmie w Związku Radzieckim przedstawia on tezy w znacznym stopniu zbieżne z tymi do których i my w tym szkicu dochodzimy.

Prawdy te z trudem torują sobie drogę nawet do świadomości ludzi dobrze obznajomionych z problematyką. Dramatycznych tego przykładów jest mnóstwo. Zwłaszcza nie są w stanie zrozumieć ich ludzie Zachodu. Wydaje się, że w sprawach będących tematem naszych rozważań najwięcej do powiedzenia mają ludzie, którzy zetknęli się osobiście z realnym socjalizmem. Ludzie zajmujący uprzywilejowane miejsce na scenie najdramatyczniejszego w dziejach ludzkości happeningu. Jestem jednym z nich. Stąd mniemam, że moim obowiązkiem jest mówienie co o tym wiem. Stąd moja nadzieja na to, że prezentowane tu przemyślenia mają spory walor poznawczy, że mogą komuś pomóc inaczej, być może mądrzej, popatrzeć na tak ważne dla ludzkości problemy.


I) Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys. Les Editions Noir sur Blanc. 1988.

II) Schell, J.: Niepewny Lewiatan. Atlantic Revue – przedruk „Gazeta Wyborcza” 2-3. XI 1996.

III) Zinowiew, A.: Homo sovieticus. POLONIA Book Fund Ltd

IV) Kropotkin, P. A.: Zapiski z ostatnich dni. ZAPIS 18. NOWA. 1981.

Czerwiec 23, 2009 Posted by | panstwo, realny socjalizm | Dodaj komentarz

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


3. Twarzą w twarz z potworem

Nasze dotychczasowe rozważania dotyczyły wszystkich współczesnych tworów państwowych, oparte były jednak, przede wszystkim, na analizie zjawisk obserwowanych w kraju, który należał do grupy państw szczególnie zaawansowanych w opisywanym naturalnym ich rozwoju. Pozwoliło mi to na ostrzejsze wyeksponowanie spraw ledwie zarysowujących się gdzie indziej, nabierających tam dopiero dynamiki. Państwami tymi są kraje tzw. realnego socjalizmu. Przodowały one na polu powstawania podporządkowującego sobie ludzi państwa-lewiatana. Badanie schematów ich rozwoju może więc dawać podstawy do formułowania ogólniejszych wniosków, które – jak mniemam – mogą rzucić nowe światło na interesujące nas zagadnienia. Niezwykle interesujące są zwłaszcza procesy zachodzące tu od kilkunastu lat, polegające na załamaniu się opisywanego przez nas procesu, na pewnym, wyraźnie zauważalnym, odwrocie od dotychczasowych, patologicznych trendów.

Zainteresujemy się jeszcze później tym odwrotem. Jednak teraz spróbujmy sobie odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: jakie są przyczyny przyśpieszenia ewolucji tworów państwowych realnego socjalizmu i jakie działają tu mechanizmy społeczne.

Nie są pytania ani łatwe, ani – jeżeli abstrahować od nieco innego, niż się to zazwyczaj robi, ich sformułowania – nowe. Zaprzątywały one uwagę naukowców i polityków już od lat. Znanych jest też wiele różnych na nie odpowiedzi. Świadczy to – jak sądzę – o tym, że nie ma tu mowy o znalezieniu jakiejś odpowiedzi pojedynczej, „jedynie słusznej”. O kierunku obserwowanej ewolucji zadecydował cały splot różnorakich przyczyn i mechanizmów.

Można jednak pokusić się o to, by spośród nich wyodrębnić te najistotniejsze, najbardziej ważkie. Spróbujmy to zrobić.

Zacznijmy od banalnego skonstatowania, że państwa tzw. realnego socjalizmu zostały stworzone według sztucznie zaprojektowanego modelu ustrojowego, opartego o „naukową” – w przekonaniu jego twórców – analizę rzeczywistości. Aby wyrobić sobie zdanie na temat skutków tego faktu rozpatrzmy dwa problemy:

1. czy, i do jakiego stopnia możliwe jest takie dowolne kształtowanie systemów społecznych;

2. jaka była wartość naukowa modelu rzeczywistości jaki wykorzystano do „zaprojektowania” państw rozważanego typu.

Odpowiedź na pytanie pierwsze wynika z naszych dotychczasowych rozważań. Wykazały one, że państwa są nadorganicznymi systemami naturalnymi. Zachowują się one homeostatycznie. Wprowadzane celowo przez człowieka zmiany strukturalne rozpoznawane są przez nie jako zakłócenia które uruchamiają mechanizmy przystosowawcze, przeciwstawiające się ich skutkom. Jeżeli zmiany są tak duże, że niemożliwy jest już powrót w pobliże pierwotnego stanu równowagi, osiągnięty zostanie zupełnie odmienny nowy stan. Jednak niesposób przewidzieć jaki to będzie stan. Zależy on od zbyt wielu różnorodnych czynników. A więc niesposób również doprowadzić do tego, by był to stan z góry zaplanowany. Z drugiej strony, wobec złożoności systemu, niesposób nawet przewidzieć tego, czy w ogóle ten z góry zaplanowany, pożądany stan jest stanem stabilnym, możliwym do osiągnięcia na jakiejkolwiek drodze.

Manipulowanie strukturami systemów państwowych wydaje się być – gdy się posiada odpowiednie narzędzia przymusu – sprawą zgoła łatwą. Brali się za to już starożytni. Jednak działania takie można porównać do przeprowadzanej „na ślepo” chirurgii genetycznej. Zupełnie nie wiadomo jakie będą jej efekty, przy czym można mieć nieomal 100%-tową pewność, że będą to efekty negatywne. Nauka nie jest (na razie – ?) w stanie prognozować zachowania się złożonych systemów społecznych – nawet takich, które już istnieją i mogą być obserwowane. Cóż dopiero z systemami nowoprojektowanymi! Spotykane tu instytucje i struktury organizacyjne są produktem długotrwałych procesów ewolucyjnych. Uwikłane są one w różnorakie złożone i subtelne zależności. Nawet niewielkie zmiany mogą tu owocować dramatycznymi efektami. Dobrym modelem jest porównanie do tzw. równowagi ekologicznej. Ludzkość już od dawna nauczyła się – na dotkliwych w swoich skutkach błędach – że nie można jej bezkarnie naruszać. Historia wykazuje, że tkanka społeczna jest równie delikatna i wrażliwa jak żywa przyroda. W dodatku na planie indywidualnych losów ludzkich naruszenie równowagi systemu społecznego oznacza wyrwanie z ustabilizowanego, a przez to zazwyczaj szczęśliwego, życia objętej nim jednostek. Dla zdecydowanej większości z nich wiąże się to z niedolą i z cierpieniem. Obok zagadnień „czysto technicznych” pojawiają się tu więc i problemy etyczne.

Czy twórcy koncepcji państwa socjalistycznego zdawali sobie sprawę z tych uwarunkowań? Odpowiedź na to pytanie jest trudna. Z jednej strony są oni autorami awanturniczego planu uszczęśliwiania ludzkości, który jednak – z drugiej strony – był w gruncie rzeczy … sprzeczny z wynikami ich analizy procesów społecznych. Mam tu na myśli przede wszystkim Karola Marksa, od którego nazwiska wzięła nazwę doktryna. Słusznym wydaje mi się być często praktykowany zabieg rozgraniczenia dwu Marksów: autentycznego uczonego i romantycznego utopijnego rewolucjonisty. Ten pierwszy położył niewątpliwe zasługi na polu budowania podstaw nauk społecznych. To nic, że wiele (większość – ?) z jego teorii społecznych nie wytrzymało próby czasuV). Należy pamiętać o tym, że w czasach Marksa nauki te stawiały dopiero pierwsze kroki, stąd twórca tzw. materializmu historycznego musiał budować niemal „na surowym korzeniu”. Niedźwiedzią przysługę oddali Marksowi-uczonemu ci, którzy całą jego spuściznę „kanonizowali”, uczynili czymś w rodzaju pisma świętego. Zahamowało to naturalny proces, który doprowadziłby do wyselekcjonowania tych jej elementów, które mają nieprzemijającą wartość i do odrzucenia twierdzeń nienaukowych bądź mylnych.

Inaczej jest z Marksem-rewolucjonistą. Głoszone przez niego „proroctwa” o nowym ładzie społecznym, który zostanie wprowadzony przez zwycięski proletariat, są najzupełniej gołosłowne i niczym nie uzasadnione. Są one zresztą sprzeczne z zasadniczymi wynikami przeprowadzonej przez Marksa analizy procesów społecznych. Zgodnie z tymi wynikami procesy te są „obiektywne”, przez nikogo nie kontrolowane i „samoczynne”. Tak więc, o ile nawet leżący u podstaw nowego typu państw ogląd rzeczywistości był – jak na owe czasy – naukowo uzasadniony, to wyciągnięto z niego najzupełniej dowolne wnioski. W sumie z elementów naukowych i z „pobożnych życzeń” ulepiona została tzw. marksistowska koncepcja państwa, jego rozwoju i naprawy. Przeanalizujmy ją pod kątem szukania tu źródeł patologicznych mechanizmów, które ujawniły się w trakcie prób wcielenia tej koncepcji w życie.

W syntetycznym, mocno upraszczającym skrócie wygląda ona następująco:

1. Przyczyną powstania państw było pojawienie się antagonistycznych grup społecznych tzw. klas. Państwo jest instrumentem dominacji jednej klasy nad innymi.

2. Podział klasowy społeczeństwa jest wynikiem istnienia prywatnej własności środków produkcji. Prywatna własność środków produkcji stoi jednocześnie w sprzeczności ze społecznym charakterem procesów produkcyjnych, która to sprzeczność stanowi barierę hamującą rozwój.

3. zniesienie prywatnej własności środków produkcji powinno zatem prowadzić do likwidacji antagonistycznych grup społecznych i w konsekwencji do „obumierania” państwa. Dodatkowym pożądanym efektem powinno być przełamanie wskazanej bariery rozwoju.

4. Powstanie idealnego społeczeństwa „wolnych producentów” powinno doprowadzić do likwidacji wszelkich form przymusu oraz alienacji i do powstania swoistego „raju na Ziemi”, zwanego komunizmem.

Podstawą całego tego rozumowania jest teza, że państwo jest wytworem i przejawem istnienia antagonistycznych grup społecznych: właścicieli środków produkcji i jednostek tych środków pozbawionych. Nasze dotychczasowe rozważania, zresztą w zgodzie z opiniami współczesnych antropologów, upoważniają do postawienia hipotezy obalającej to twierdzenie. „Odwracającej” je. To nie państwo jest wytworem stratyfikacji społecznej, lecz stratyfikacja jest efektem powstawania państw (para-państw) -  zorganizowanych społeczności ludzkich.

Zalążki organizmów państwowych powstawały nie wtedy gdy pojawiły się antagonistyczne grupy społeczne, lecz gdy powstała potrzeba wspólnych działań większych zespołów ludzkich. Były to prace irygacyjne, obrona przed napadami koczowników, przełamywanie tej obrony, itd, itp. Zaś wszystko zaczęło się zapewne od wspólnych polowań. Państwo jest tylko wyższym stopniem rozwoju pierwotnej hordy, a obecnie wśród specjalistów „rozpowszechniony jest pogląd, że powstanie organizacji społecznej u pierwotnych człowiekowatych, ich stadne życie, było wynikiem potrzeby i korzyści współdziałania w czasie polowańVI). Jednym z inwariantów organizacyjnych tworów społecznych jako systemów naturalnych jest hierarchiczność ich struktury. W sposób naturalny i nieunikniony prowadzi to do wyodrębnienia się grup uprzywilejowanych. Przede wszystkim elementami takiej grupy są jednostki sprawujące władzę. Następnie są nimi te jednostki, na których władza się opiera. Każda władza musi tworzyć uprzywilejowane grupy, na których mogłaby się oprzeć. Przejmowanie środków produkcji przez tak wyłonioną elitę jest już tylko kwestią czasu. Jest czymś naturalnym, oczywistym. Jest to jedynie jeden z przynależnych tej grupie przywilejów.

Powyższe rozumowanie wydaje się być lepiej umotywowane niż koncepcja marksistowska, choć oczywiście też jest tylko pewną hipotezą – jedną z możliwych. Skoro wątpliwa okazała się być podstawowa przesłanka teorii państwa socjalistycznego, sama teoria też nie może być, oględnie mówiąc, uznawana za przekonująco uzasadnioną. Zresztą przesądza o tym nie tylko ta fałszywość fundamentalnych założeń.

Tym niemniej stała się ona podstawą („naukową”) programu politycznego. Rozwinięta przez teoretyka i zawodowego rewolucjonistę W. I. Uljanowa-Lenina, w sprzyjających okolicznościach, została poddana próbie wcielenia w życie.

„Eksperyment” ten potwierdził słuszność naszych rozumowań. Sztuczny, „wymyślony za biurkiem” model okazał się być niezdolnym do samodzielnego życia w takim kształcie w jakim go zaprojektowano. Poszczególne jego elementy abstrahowały od naturalnych praw rządzących funkcjonowaniem ludzkich społeczności. Pierwsze doświadczenia z budowaniem nowego ustroju okazały się być klęską. Pisze o tym Kropotkin w przywoływanym wcześniej tekścieVII). Świadomi byli tego twórcy nowego państwa Na drugim zjeździe partii bolszewickiej Lenin dokonał „zdumiewającego wyznania”. Porównał on kierowane przez siebie młode państwo do samochodu odmawiającego posłuszeństwa kierowcy, posuwającego się w niezamierzonym kierunku, „jakby kierowała nim czyjaś ukryta rękaVIII). To była oczywiście „ręka” opisywanego tu demona – systemu „państwo”.

Jednakże ludzie „wdrażający” nowy system społeczny dysponowali siłą. Zastosowali więc przymus, a w pierwszych etapach krwawy terror. Wymusili w ten sposób pozorne „przyjęcie się” zaprojektowanego przez siebie modelu. W rzeczywistości powstał twór zgoła odmienny od zaplanowanego, nazwany później przez samych swoich twórców „realnym”. Istotne jest przy tym to, że narzędziem jakim się mogli oni posłużyć i jakim się rzeczywiście posłużyli było państwo. A raczej jego aparat przymusu. W tym celu państwo musiało zostać w sposób efektywny wzmocnione. Nieodzownym okazało się zniesienie wypracowanych przez pokolenia mechanizmów kontrolowania państwa przez społeczeństwo. Mechanizmów i tak bardzo – jakeśmy tego dowodzili – zawodnych. Intencjonalnie miało to być przejściowe, w rzeczywistości stało się trwałe.

Specyfiką Rosji, kraju gdzie zwyciężyła tzw. rewolucja socjalistyczna była słabość nazwanych mechanizmów. W kraju tym państwo tradycyjnie miało zdecydowaną przewagę nad społeczeństwem. Istniał tam też doskonale wykształtowany aparat biurokratyczny ze sztywną hierarchią i nawykami korupcyjnymi. Mentalność mieszkańców tego kraju jest mentalnością poddanych, a nie obywateli. Historycznie ukształtował się tam odmienny niż w społeczeństwach zakorzenionych w cywilizacji łacińskiej, sposób zaspokajania elementarnej ludzkiej potrzeby psychicznej bezpieczeństwa. Jednostka nie wtedy czuje się bezpieczna, gdy żadna władza nie może jej bezprawnie krzywdzić, lecz, nieomal dokładnie odwrotnie, wtedy gdy władza jest tak silna i dominująca, że można się jej oddać ufnie w opiekę. Licząc na to, że o ile czasem skrzywdzi, to w sumie zabezpiecza przed najgroźniejszym: przed nieznanym, nieuniknienie związanym z wolnością.

Takie korzenie cywilizacyjne zdecydowanej większości mieszkańców kraju niewątpliwie ułatwiły zwiększenie i ugruntowanie roli państwa. Z tych samych kręgów cywilizacyjnych wywodziła się i elita władzy, jaka – zgodnie z obiektywnymi prawami rządzącymi tego typu procesami – natychmiast się ukształtowała. To z kolei odegrać musiało niepoślednią rolę w procesie autonomizacji, wyobcowania się państwa.

Podobne były początki nowego ustroju w innych krajach obozu: Wszędzie został wprowadzony i był utrzymywany siłą. Zazwyczaj na drodze obcej interwencji zbrojnej. I jedynie tam gdzie natrafił na zbliżony do rodzimego grunt cywilizacyjny siły interwencyjne nie były potrzebne do jego podtrzymywania. Wszędzie celowo wzmocniono państwo poprzez zminimalizowanie zakresu społecznej nad nim kontroli. Teoretycznie kontrolę taką sprawowały partie komunistyczne, w praktyce były one jednak inherentnymi składnikami systemu, a same nie podlegały jakimkolwiek społecznym ograniczeniom.

Stopniowo system wytwarzał mechanizmy działające w sposób bardziej automatyczny, aczkolwiek ich funkcjonowanie w dalszym ciągu uwarunkowane bywało groźbą zastosowania (bądź – w krytycznych momentach – zastosowaniu) tzw. „przymusu bezpośredniego”. Mechanizmy te stymulowały ewolucję omawianych państw w kierunku alienacji i zwiększania roli państwa:

1. Uformowała się nowa grupa uprzywilejowana tzw. „nomenklatura”. Jej uprzywilejowanie oparte jest nie o posiadanie, a o dysponowanie, przez co jej interesy są niezwykle silnie związane z interesami systemu – pozornie z nimi tożsame. Że jedynie pozornie mogli się przekonać liczni członkowie tej grupy – choćby w czasach stalinowskiego terroru. Sam Stalin „doświadczył” tego dopiero po śmierci (chyba że uznać za prawdziwą hipotezę o jego zamordowaniu przez najbliższych współpracowników).

2. Upaństwowiono środki produkcji. Państwo stało się więc praktycznie monopolistą na rynku pracy. Właśnie to zapewnia mu niebywałą, niespotykaną gdzie indziej przewagę nad społeczeństwem. Jest w tym przewrotna ironia historii. Przecież upaństwowienie, rozumiane jako sposób „uspołecznienia” miało być pierwszym krokiem do „zniesienia państwa”!

3. Wprowadzono państwowy monopol na rozpowszechnianie informacji realizowany przy pomocy zmonopolizowania środków masowego przekazu i przy pomocy cenzury prewencyjnej.

4. Zlikwidowano praktycznie wszystkie niezależne, liczące się, organizacje społeczne i polityczne. W tym autentyczne partie polityczne i autentyczne związki zawodowe. Istniejące partie nie były organizacjami politycznymi, a czymś w rodzaju zrzeszeń ludzi deklarujących szczególny serwilizm w stosunku do państwa i do grupy uprzywilejowanej, zazwyczaj w nadziei na osiągnięcie jakichś korzyści materialnych. Były też cząstkami samego państwa, jego specyficznymi agendami.

5. Zbudowano mocną, zhierarchizowaną machinę biurokratyczną.

6. Faktycznie zlikwidowany został system przedstawicielski i samorządowy. Społeczeństwo straciło nawet pozory kontrolowania państwa i elit władzy. Istniejące instytucje „demokratyczne” miały charakter wyłącznie fasadowy. „Reprezentanci społeczeństwa” wyznaczani byli przez władze. Tzw. „demokracja socjalistyczna” była jedynie dziwaczną nazwą totalitarnej (w intencjach) dyktatury.

7. Zrelatywizowane zostało pojęcie prawa – za praworządne uznano nie to co jest zgodne z literą bądź z duchem prawa, a to co jest zgodne z tzw. „interesem klasy robotniczej”, a w rzeczywistości z interesem warstw uprzywilejowanych, będących – samozwańczo – strażnikami tych „interesów”.

8. Zrelatywizowano nawet filozoficzne pojęcie prawdy. Jako kryterium prawdziwości przyjęto praktykę. W życiu publicznym – skuteczność w służeniu „sprawie”. „Sprawą” były teoretycznie owe „interesy klasy robotniczej”. W praktyce – interes systemu, za pośrednictwem interesu elit.

9. W odwodzie pozostawał rozbudowany, nowocześnie wyposażony – tu nie liczono się z kosztami – aparat przemocy. Trudny do przecenienia jest zwłaszcza efekt psychologiczny tego faktu.

Właśnie te mechanizmy (z pewnością nie wymieniłem ich wszystkich) wprowadzone w celu podtrzymywania niezdolnego, w innych warunkach, do życia, sztucznego systemu społeczno-ekonomicznego ubocznie zdynamizowały proces rozwoju systemu nadorganicznego „państwo”. Rozwoju w kierunku mechanicznego ładu, porządku i zniewolenia. Piszę „ubocznie”, bo opisywany efekt nie był przecież zamierzony – chociaż nie do uniknięcia. Wzmocnienie państwa i ubezwłasnowolnianie społeczeństwa miały być kontrolowane. Miały być narzędziem, przy pomocy którego grupka „oświeconych” chciała wprowadzić nowy, sprawiedliwy, korzystny dla wszystkich ład społeczny. Nie przewidziano tego, że narzędzie wymknie się spod kontroli, że zrealizuje się, w jakże tragiczny sposób, bajka o uczniu czarnoksiężnika.

Doskonałych ilustracji do tezy o wyobcowaniu się i autonomiczności demona systemu „państwo” dostarczają ostatnie lata historii PRL. Trudno nie wierzyć w dobre intencje kolejnych ekip: Gierka, Kani, Jaruzelskiego. Przecież ci ludzie musieli doskonale sobie zdawać sprawę z tego, że ich losy były związane z losami rządzonego przez nich kraju, społeczeństwa. Przecież nie ulega wątpliwości, że większą satysfakcję ma się z rządzenia narodem dostatnim i zadowolonym niż biednym i sfrustrowanym. A jednak nie udawało się przeforsować tych własnych interesów (zbieżnych z interesem społeczeństwa) przed interesy systemu. Wszystkie oddziaływania sterujące zostawały przez system „rozmywane”. Także te wymierzone przeciwko społeczeństwu. Przykładem jest tu swoista porażka „stanu wojennego”.

Zasadnicze zmiany dokonały się pod wpływem sterowań przychodzących z zewnątrz systemu. Z jednej strony, zupełnie spoza kraju. Mam tu na myśli załamanie się Związku Radzieckiego. Z drugiej zaś strony, sterowań wprowadzonych dzięki działaniom opozycyjnym, zaś potem uczestnictwu w sprawowaniu władzy osób usytuowanych na dalekim obrzeżu systemu. Idzie mi o ludzi z nielegalnej opozycji z lat 1970-tych i 1980-tych. System ich jeszcze nie zdążył „wessać”, „zemleć” i urobić na swoją modłę – przynajmniej nie wszystkich i nie od razu. Działanie tych sterowań powoduje dramatyczne zaburzenia funkcjonowania systemu. Usiłuje on obecnie znaleźć jakiś stan w miarę stabilnej równowagi. Na pewno innej niż poprzednio. Pytanie na ile korzystniejszej dla konstytuujących system ludzi. Wrócimy jeszcze do tej kwestii.

Interesujące, że w polskiej (czy tylko w polskiej) świadomości zbiorowej egzystuje „niedouświadomione” odbicie istnienia autonomicznego demona nadorganicznego systemu „państwo”. Jest nim instytucja „ONYCH”. Pisze Jan Kott: „We wszystkich tych domach, na wszystkich przyjęciach słyszą [mowa o zagranicznych dziennikarzach w Polsce - przyp. T.St.P.] ciągle, ‘oni’, którzy nic nie rozumieją, którzy są półanalfabeci, którzy niczego się nie nauczyli. Ale kim są ‘oni’. Jak horyzont, który razem z tobą niezmiennie się przesuwa, im bliżej ‘establishmentu’ wśród gospodarzy i polskich biesiadników, tym dalej odsuwają się ‘oni’. Dla zagranicznych dziennikarzy, którzy nie znają mowy tuziemców, ‘oni’ muszą się zapewne wydawać polskim tworem astralnym jak latające talerze.IX).

W wyniku opisywanych uwarunkowań i mechanizmów powstały twory państwowe karykaturalne w stosunku do zamysłów stojących u ich narodzin. Z jednej strony, nie potrafiły one zaspokoić elementarnych potrzeb swoich zniewolonych społeczeństw lecz, z drugiej strony, posiadały niewiarygodne wręcz siły ekspansywne. Dalej posiadają. Dzieje się tak dlatego, że – jakeśmy to ustalili – są one, ze specyficznego punktu widzenia rozwoju systemów, doskonalsze od innych tworów państwowych. Są niezależne od kapryśnych, podlegającym nielogicznym, niepragmatycznym uwarunkowaniom etycznym ludzkich preferencji. Ich strukturalne uporządkowanie gwarantuje dyspozycyjność wszystkich sił – rzecz nieoceniona w czasie konfliktu.

Lepsze z punktu widzenia stabilności, trwałości państwo to nie takie państwo, które lepiej służy konstytuującym je jednostkom ludzkim, lecz takie państwo, które potrafi lepiej ludzi przymusić do służenia sobie. Wspomnijmy tylko na I Rzeczpospolitą, na państwa ościenne i czym się skończyła ich konfrontacja.


V) por.: Kołakowski, L.: Główne kierunki marksizmu. Kultura. 1978.

VI) Urbanek, A.: Między egoizmem, altruizmem i agresją. w: Wizje człowieka i społeczeństwa w teoriach i badaniach naukowych. PWN. 1984.

VII) Kropotkin, P. A.: Zapiski z ostatnich dni. ZAPIS 18. NOWA. 1981.

VIII) Herling-Grudziński, G.: Dziennik pisany nocą. Kultura. 04/82.

IX) Kott, J.: Miesiąc po trzynastu latach. ZAPIS 13. NOWA

Czerwiec 23, 2009 Posted by | panstwo, realny socjalizm | Dodaj komentarz

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


4. Wątpliwości

Zaprezentowana na poprzednich stronach wizja jest przerażająca. Niestety, wydaje się ona być wystarczająco dobrze uzasadniona. Nad taką konstatacją nie można przejść – ot, tak sobie – do porządku .dziennego. Zbyt ważkich spraw dotyka i zbyt brzemienne w konsekwencje :musi być przyjęcie jej za absolutnie słuszną. Dlatego też – sądzę – powinniśmy raz jeszcze zastanowić się nad jej zasadnością, raz jeszcze zbadać czy zarysowana przez nas ponura przyszłość ludzkości jest czymś nieuniknionym.

Całe nasze rozumowanie prowadzące do tak dramatycznych wniosków oparte jest o pewien skonstruowany przez nas model odwzorowujący zorganizowane w państwo społeczeństwo. Nasuwa się kluczowe dla sprawy pytanie: czy jest to model wystarczająco adekwatny, czy dostatecznie wiernie odwzorowuje złożoną rzeczywistość by można było wyprowadzone-na jego podstawie wnioski uznać za wiarygodne. Model ten jest – oględnie mówiąc – grubym uproszczeniem tej rzeczywistości. Może więc nasze katastroficzne prognozy są wątpliwej próby? Może pesymistyczne wnioski co do tragicznego zakończenia totalitarystycznej „przygody” przeżywanej obecnie przez ludzkość są przedwczesne?

Niestety, jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania nie da się udzielić .Z jednej strony nasze analizy istotnie nie są do końca naukowo ścisłe, jednak z drugiej strony, trudno w nich się dopatrzyć jakichś błędów logicznych. Niestety, a może właśnie na szczęście! Przecież ta niepewność to jedyne źródło wątłej nadziei. A jak tu żyć bez nadzieiI)!

Spróbujmy zbadać na ile ta nadzieja jest uzasadniona. Wiąże się ona z niedostatkami naszych analiz, zaś niedostatki te są szczegółowymi przejawami nieprecyzyjności modelu jaki posłużył za przesłanką katastroficznych wniosków.

Pierwszym z tych niedostatków jest niepewność co do tego czy w modelu zostały uwzględnione wszystkie istotne z punktu rozpatrywanego zagadnienia elementy rzeczywistości.

Być może takie nieuwzględnione elementy istnieją i być może nie branie ich pod uwagę zaważyło na stawianych przez nas prognozach. Może też nieistotne obecnie elementy rzeczywistości nabiorą w przyszłości znaczenia i ujawnią się w pewnym momencie, dramatycznie zmieniając przebieg procesów społecznych.

Elementem takim mogłaby być „wydolność” systemu „państwo”. Naturalny proces „porządkowania” gdy dotyczy jednostek ludzkich niszczy ich aktywność i inicjatywę. Musi to prowadzić, z jednej strony. do podupadania społeczeństwa, z drugiej zaś strony, do-degenerowania się tworu państwowego – przecież jego siłą. napędową są, w ostatecznym rachunku, ludzie. Rodzi się pytanie: czy efektem tego procesu powinno być umacnianie się państwa czy też odwrotnie jego rozprzęganie się, połączone z odzyskiwaniem przez społeczeństwo podmiotowości. Historia zdaje się dostarczać pewnych argumentów na rzecz tej drugiej hipotezy. Wydaje się, że w dziejach ludzkości można obserwować proces  załamywania, się rozwoju tworów państwowych w kierunku totalitaryzmu na skutek wywoływanej tym rozwojem stagnacji społecznej.

Jednak upadek systemu blokującego rozwój niezbędnych dla swego istnienia sił odbywał się zawsze w wyniku interwencji zewnętrznej. Innym kierunkiem rozwoju wypadków bywały wewnętrzne rewolucje. Nie prowadziły one jednak nigdy do okiełznania autonomicznego demona – z powodów analizowanych w rozdziale 3. ego eseju.

Obecnie w odniesieniu do najbardziej. zaawansowanych w totalitarystycznym rozwoju państw, scenariusz zewnętrznej interwencji jest – jak dobrze wiemy – niemożliwy. Poza tym okres do początków XX wieku należy traktować jako prehistorię systemów państwowych – jeszcze sto lat temu w absolutystycznej Rosji carskiej można było .z powodzeniem realizować, w opozycji-do państwa, pozytywistyczny program tzw. pracy organiczne j, obecnie nawet nie do pomyślenia. Współczesne twory państwowe wyposażone są. w tak skuteczne instrumenty przymusu, że – w praktyce -kontrolują wszystkie społeczne zachowania i mogą nie dopuścić do osłabienia swoich sił obronnych niezależnie od postaw-konstytuujących je jednostek . Można więc – wbrew nieomal powszechnym wyobrażeniom – skonstruować wizję społeczeństwa spauperyzowanego, podupadłego i. zniewolonego przez kwitnące na swój nieludzki, a raczej antyludzki, sposób państwo.

Powyższe stwierdzenie ;jest szczególnie sprzeczne z przekonaniami naszych rodaków. Miliony ludzi w Polsce nie mają najmniej wątpliwości co do tego, że „im gorzej tym lepiej” – nawet jeżeli werbalnie odżegnują się od tej – oficjalnie potępianej – dewizy. Z satysfakcją obserwują wszelkie niepowodzenia .ekonomiczne swojej ojczyzny, a zwłaszcza „Wielkiego Brata”. Czekają „kiedy się to wszystko rozsypie” w przekonaniu, że jedyna droga do poprawy prowadzi „przez dno”. Takie postawy mają -swoje głęboki uzasadnienie. Biorą się one z doświadczeń społecznych, z ich ekstrapolacji na przyszłość. Przecież w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat w Polsce wielokrotnie dochodziło do – co prawda ograniczonego i jedynie przejściowego – cofania się -państwa pod naciskiem społeczeństwa. Zawsze pierwotną przyczyną było pogarszanie się poziomu życia społeczeństwa skłaniające je do masowych wystąpień. Przecież „ojcem” Polskiego Sierpnia był nasz kryzys ekonomiczny. Racjonalnym jest więc dla wielu przekonanie, że przyszły udany „strajk generalny” – będący efektem gwałtownego uzewnętrznienia się niezadowolenia społeczeństwa – doprowadzi do upadku niewolącego nas potwora. Jeżeli nie „ogólnopolski” to „ogólnoradziecki”.

Są to jednak nadzieje najzupełniej złudne. Empirycznych dowodów na to, że nędza społeczeństwa nie jest wcale równoważna ze słabością państwa dostarczył Stalin w latach 30-tych, w czasie przeprowadzanej wtedy kolektywizacji radzieckiej wsi. Ginęły miliony a państwo się jedynie umacniało. Zresztą podobne “„eksperymenty””- co prawda na mniejszą skalę – bywały przeprowadzane i wcześniej. Zawsze z podobnym rezultatem.

Innym elementem, .który być może będzie, miał w przyszłości znaczny, kto wie czy nie decydujący, wpływ na losy ludzkości, a tory nie został – bo nie mógł zostać – w naszym modelu ujęty, jest nauka. Elementami konstytuującymi systemy państwowe są jednostki ludzkie, a więc istoty obdarzone, inteligencją i świadomością. W związku z tym nie można odrzucić a priori hipotezy, że kiedyś nauczą się one celowo i skutecznie kształtować swoje własne środowisko społeczne – jakkolwiek by to nie było trudne w realizacji. Przecież już teraz potrafią – co prawda .w ograniczonym zakresie – sterować rozwojem takich systemów naturalnych jak rośliny uprawne, zwierzęta- hodowlane i systemy ekologiczne. Na razie przeprowadzają to na drodze selekcji i stosownych zewnętrznych oddziaływań stymulujących pożądane zmiany, ale już uczą się trudnej sztuki inżynierii genetycznej. Kto wie czy nie jest już bliski dzień, w którym możliwe będzie wyhodowanie, z odpowiednio zaprogramowanego materiału genetycznego, organizmu żywego – a więc systemu naturalnego – o dowolnie i z góry zaplanowanych cechach.

W odniesieniu do zorganizowanych społeczności ludzkich „inżynieria genetyczna” polegałaby na wprowadzaniu takich rozwiązań instytucjonalnych: prawnych, organizacyjnych, kulturowych, które prowadziłyby do ukształtowania się, na drodze powolnej ewolucji, pożądanego modelu państwa i społeczeństwa. Takie „operacje genetyczne” – aczkolwiek już, przez dyletantów, w historii ludzkości przeprowadzane – są szczególnie trudne do przeprowadzenia. Po pierwsze, nie można posłużyć się „królikami doświadczalnymi”: „manipulacje genetyczne” muszą być dokonywane na żywym, wrażliwym organizmie społecznym „zbudowanym” z żywych ludzi, a aż do samego końca nie można przewidzieć ich przejściowych i ostatecznych skutków. Zastanawialiśmy się już nad tym w poprzednim rozdziale. Po drugie, operacje takie może prowadzić nie ten kto – ewentualnie – potrafiłby je z pożytkiem dla społeczeństwa zrealizować, lecz ten kto ma władzę. A – jakeśmy to wykazywali – faktyczną władzę w tworach państwowych sprawuje bezosobowy demon, przeciw któremu to właśnie ma być skierowana zainicjowana „genotypowymi” zmianami ewolucja. Nie jest to więc rozwiązanie przesadnie prawdopodobne.

Drugim rodzajem niedostatków jakach, się można dopatrywać w naszych analizach jest błędna ocena tych elementów; które są uwzględniane. Takim błędem mogłoby być niedowartościowanie „czynnika ludzkiego” Jak już o -tym była mowa, jest on źródłem zasadniczych trudności -w konstruowaniu adekwatnego modelu państwa i przyczyną tego, że – jak dotychczas – nikt nie zaproponował zadawalającego przybliżenia takiego modelu (resztą nie tylko w odniesieniu do państwa); rozwijana przez nas analiza wydaje . się być wystarczająco adekwatna w odniesieniu do społeczności niższych zwierząt: mrówek, termitów, szczurów. Człowiek jednak charakteryzuje się posiadaniem świadomości i dokonywaniem przez nią wyborów na podstawie akceptowanych wartości. Być może tu leży ciężar gatunkowy zagadnieniaII)?

Jak dotychczas nie są znane mechanizmy -tworzenia się i mian tych wartości, tak w odniesieniu do jednostek jak i grup społecznych Nie można jednak odrzucić hipotezy-, że będą się one zmieniać w tym kierunku, że w miarę -zaspokajania w skali społecznej podstawowych potrzeb materialnych, a także w miarę upowszechniania się oświaty (choćby „realno-socjalistycznej”) będą one nabierały charakteru coraz bardziej wysublimowanego, humanistycznego, coraz bardziej stać będą w opozycji do rzeczywistości narzuconej społeczeństwu przez ewolucję tworów państwowych. Na taką możliwość wskazują w sposób bardzo czytelny obserwowane obecnie trendy. Aktywność systemu „państwo” – w sposób oczywisty – stanie na przeszkodzie realizacji tych społecznych wartości, co powinno prowadzić do coraz gwałtowniejszych reakcji przejawiających się w zachowaniach o materialnych skutkach, a prowadzących – być może – do erozji i upadku systemu.

Również i te trendy obserwować można już obecnie. Są one trudno przewidywalne, trudno też prognozować jaki wpływ będą miały na zmiany samego systemu. Przejawiają się przede wszystkim jako załamywanie się mechanizmów zniewalania społeczeństwa przez demona państwa. Obecne, a zwłaszcza – moim zdaniem nieuniknione – przyszłe dramatyczne przemiany w Polsce zapewne rzucą nowe światło na te zagadnienia.

Tak czy inaczej, jak się wydaje, właśnie tu należy doszukiwać się uzasadnienia dla jakiegokolwiek optymizmu. Jednak i ta jego hipotetyczna, wątła przesłanka, aczkolwiek nie może być zupełnie odrzucana, to przecież daje się skutecznie krytykować. popatrzmy bowiem na dotychczasowe dzieje ludzkości. Czy istotnie obserwujemy historyczne zjawisko ciągłego rozwoju ducha ludzkiego, upowszechniania się wyższych celów, szlachetnienia jednostek w skali społecznej? Rozwoju, który owocować ma – jakeśmy to prorokowali – „materialnymi skutkami”.? Można podać wiele dowodów na prawdziwość takiej tezy. Można jednak znaleźć i argumenty przeciwko niej. Jeżeli nawet i założyć, że teza ta jest prawdziwa pozostają jeszcze wątpliwości interpretacyjne. A może to tylko warunki w jakich przyszło żyć ludziom uległy korzystnym zmianom umożliwiającym taką – w istocie swej niesamoistną – ewolucję? Może zmiana tych warunków na gorsze spowoduje drastyczną deprecjację ducha ludzkiego?

Nieludzki, niezamierzony eksperyment jaki został przeprowadzony na Ikach, góralach z północy Ugandy wydaje się to potwierdzaćIII).

Wtrąceni przez obiektywne warunki do czegoś w rodzaju obozu koncentracyjnego, w walce o indywidualne przeżycie zatracili wszystko co kojarzy się z wyższymi wartościami ludzkimi: rodzinę, współpracę, wiarę, nadzieję, miłość … Stali się społecznością będącą zbiorem poszczególnych jednostek kierujących się wprost i bezpośrednio jedynym prawem: prawem osobniczego przetrwania. Zdaniem Collina M. Turnbull’a ewolucja zorganizowanych społeczeństw ludzkich prowadzi do wytworzenia się na całej Ziemi podobnego stanu rzeczy. Wykazuje on w swojej książce, że los Ików wcale nie jest odosobnioną aberracją na tle dziejów ludzkości, że wszyscy dążymy w tym samym kierunku, zaś oni jedynie wyprzedzili nas na tej drodze. W każdym razie przykład Ików pokazuje dowodnie, że szlachetne wyższe preferencje i skłonności ludzkie wcale nie są czymś naturalnym, ani nawet głęboko zakorzenionym, że powstają w społeczeństwie i wraz z degeneracją społeczeństwa mogą zanikać.

Przemiany – zbieżne z tymi jakie występują u Ików – obserwowane przez Turnbull’a w społeczeństwach zachodnich mają tam zupełnie inne podłoże społeczne .Są produktem nie nędzy, jak u Ików, lecz – wręcz odwrotnie – dobrobytu. Okazuje się, że polepszenie warunków materialnych wcale automatycznie nie prowadzi do postępu w dziedzinie świadomości .Powstaje „toynbee’owski” syndrom „stada na soczystej łące przy wodopoju” prowadzący do degeneracji społeczeństwa. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że świadomość jednostek ma charakter społeczny, że nie może się zmieniać niezależnie od społecznych uwarunkowań. Zaś te są obecnie przeciw jednostkom.

Tak więc ogólnikowe wiązanie nadziei z „czynnikiem ludzkim”, z – nieco bardziej konkretnie – przemianami świadomości, daleko niczego nie mówi.

Argument ten mógłby przekonywać jedynie wtedy gdyby poparty został skonstruowaniem scenariusza pokazującego jak od sytuacji obec­nej można przejść do czegoś bardziej dla ludzkości optymistycznego. Rzecz jednak w tym, że wszelkie próby opracowania takiego scenariusza haniebnie zawodzą i kończą się f laskiem.

Zrekapitulujmy ten końcowy etap naszych rozważań: Chcąc sobie wyrobić zdanie co do zasadności naszej pesymistycznej wizji przyszłości ludzkości próbowaliśmy podważyć będącą jej podstawą przeprowadzoną w tym eseju analizę zorganizowanych w państwa społeczności, poddając krytyce różne jej elementy. Udało się nam znaleźć pewne przesłanki do tego by w wyniki tej analizy – „tak do końca” – nie wierzyć. Jednak po bliższym przyjrzeniu się im przesłanki te okazały się być bardzo wątłymi. Takie też muszą być i nasze nadzieje.


I) W tym miejscu nie sposób nie nawiązać do hipotetycznej sytuacji psychologicznej w jakiej – być może – znalazł się ongiś Marks w pewnym momencie swojej działalności naukowej. Wyniki obiektywnej analizy rzeczywistości (co prawda, jak wiemy, mocno uproszczonej i w wielu aspektach mylnej) zmuszały go do przyjęcia nieuniknionego wniosku, że logika dziejów jest przeciwko proletariatowi, grupie społecznej, z która się solidaryzował. Procesy „obiektywne” miały – w świetle tej analizy – prowadzić do coraz większego wyzysku tej grupy, do coraz większej jej pauperyzacji. I wtedy – przypuśćmy – niejako w geście rozpaczy, mógł się narodzić nowy Marks, utopijny, romantyczny wizjoner, twórca „naukowego” socjalizmu. Gdyby tak było doskonale go rozumiałbym.

II) mówi na ten temat Leszek Kołakowski: „Człowiek jest tworem natury, lecz naturę przekracza. (…) Jako specjalny twór natury może i musi opierać się pewnym formom determinizmu, którym nie mogą się oprzeć twory niższe.” (cytat za: Henryk Skolimowski: „Zmierzeń- światopoglądu naukowego”. ODNOWA Ltd. Londyn 1974)

III) Collin M. Turnbull: Ikowie, ludzie gór. PIW. Warszawa 1980.

Czerwiec 23, 2009 Posted by | panstwo, realny socjalizm | Dodaj komentarz

Następny wpis

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


5. Wobec nadciągającej Apokalipsy

Zasadnicze tezy niniejszego eseju każą ponuro widzieć bliższą, a zwłaszcza dalszą przyszłość. Zgodnie z nimi, tym co czeka ludzkość jest coraz szybsze przekształcanie się w gigantyczne, precyzyjnie zorganizowane, nie pozostawiające jednostkom większych swobód mrowisko. Być może w jakiejś bardzo odległej perspektywie prowadzące do wykształcenia wyspecjalizowanych odmian ludzi: „mózgowców”, „robotników”, „żołnierzy” … – jak u owadów społecznych. Elementy takiej koncepcji spotyka się w literaturze science fiction, tak w odniesieniu do ludzi jak i hipotetycznych pozaziemskich cywilizacji. Czyżby w tych bajaniach miało być coś z prawdy?

Tak czy inaczej, z tego co ustaliliśmy wydaje się wynikać, że zastanawianie się nad środkami ratunku może być zwykłą stratą czasu, a jedynym racjonalnym podejściem do problemu jest poddanie się temu co i tak jest nieuniknione. Postawa akceptacji, zaangażowanie się po stronie, która „skazana jest na wygraną” pomaga osiągać spore niekiedy korzyści osobiste – mówiliśmy już o tym. W dodatku to co ma przynieść prognozowana rzeczywistość wcale nie jest – tak „do końca” – bezwzględnie złe. Doświadczenie uczy, że dla większości ludzi wolność, godność, indywidualizm wcale nie są samoistnymi wartościami, że chętnie poświęcają je za spokój i względny dobrobyt. Postawy takie obserwujemy wszędzie wokół nas, a należy przy tym pamiętać, że nasz etos narodowy to etos wolności i godności. Cóż dopiero gdy nowy typ rzeczywistości natrafia na bardziej sprzyjający grunt cywilizacyjny …

Nadciąga Apokalipsa. Już ją można obserwować na horyzoncie ludzkich dziejów. Nie jest ona jednak taka jak u Świętego Jana. To jest Łagodna Apokalipsa. Z perspektywy jednostek być może nie do zaobserwowania jako obiektywne zło. Podobnie jak teraz nie zawsze zdajemy sobie sprawę z jej pierwszych objawów, nie zawsze odczuwamy je jako dolegliwe. Problem ten doskonale rozumie każdy kto wracał do kraju po dłuższym pobycie w „normalnym” świecie, z „normalnymi” sklepami, „normalnymi” gazetami, „normalnymi” ludźmi, „normalnym” życiem. Dopiero z takiej perspektywy zaczyna razić to co poprzednio wydawało się naturalne, zwyczajne, „normalne”I). Jednak bliski, drogi sercu jest nie tamten „normalny” świat lecz nasza siermiężna klatka.

Jak się wydaje można tu znaleźć  analogie (mam nadzieję, że jedynie luźne) z pewnym procesem jaki został zainicjowany nieco ponad tysiąc lat temu na naszych ziemiach. Mam na myśli chrystianizację jej mieszkańców, naszych przodków. Początkowo natrafiała ona na, jak wiemy, na zdecydowany opór. Przełamywano go siłą stosując drakońskie metody (np. sławetne wybijanie zębów nie przestrzegającym postów). Z biegiem lat nowa, zrazu obca i zapewne nienawistna religia wtopiła się w ducha narodowego, w kulturę narodu, jego tożsamość. Do tego stopnia, że stała się jednym z ich najważniejszych zworników. Dzięki temu miał prawo powiedzieć Jan Paweł II na Placu Zwycięstwa w Warszawie: … „nie sposób zrozumieć dziejów Narodu Polskiego – tej wielkiej, tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa” …II) Coś co pierwotnie było obiektywnym złem, odczuwanym jako dotkliwa dolegliwość obecnie jest odbierane przez jednostki jako obiektywne dobro, jako coś naturalnego, na zawsze zrośniętego z życiem jednostki i narodu. Podobnie może być z nadciągającą Łagodną Apokalipsą. W dodatku wiele jej przejawów i instytucji powstaje spontanicznie, a tylko niektóre są narzucane siłą – wbrew woli społeczeństw.

Zaprezentowane tu analizy zostały przeprowadzone na własny rachunek ich autora, jednak nie ma w nich – jak to było mówione na wstępie – nieomal niczego co nie byłoby wcześnie powiedziane przez innych. W jakimś sensie esej ten jest kompilacją, mozaiką ułożoną z kawałków cudzych myśli powybieranych z różnych prac: podręczników, esejów, monografii, przyczynków, publicystyki …III) Moja rola ograniczyła się nieomal wyłącznie do takiego ich doboru i „poprzykrawania”, by stworzyły w miarę spójną całość, oraz do pewnego wyeksponowania narzucających się wniosków. Wszystko co zostało powiedziane w tym eseju funkcjonuje – tyle że jakoś tak „podskórnie” – w piśmiennictwie. Właśnie „podskórnie”. Tak jakby celowo usuwane poza sferę świadomości. Może istotnie celowo? Może takie myśli nie powinny być publicznie formułowane?

Odpowiedź na te pytania musi być – jak sądzę – zdecydowanie negatywna. Wynika to z aksjologicznych przesłanek jakie leżą u podstaw moich wywodów. Naczelną z nich jest przekonanie, że każdy człowiek ma prawo do godności. Nikomu nie wolno uzurpować sobie przywileju bycia „ponad profanum vulgum”. Każda istota ludzka ma prawo do każdej prawdy. Jej rzeczą jest co z tą prawdą zrobi.

Możliwe są – jak mi się wydaje – trzy postawy w stosunku do przedstawionej tu prognozy wypadków (jeżeli się uznaje jej zasadność).

Pierwszą jest zaniechanie wszelkich działań mających na celu zapobieganie złu, a wręcz odwrotnie, poddanie mu się, szukanie w nim dobrych stron i wykorzystywanie ich do własnych egoistycznych celów. Mówiliśmy już o zasadności takich poczynań. Przybliżają one nadejście Łagodnej Apokalipsy.

Postawą drugą jest ignorowanie prognozy, postępowanie takie jakby jej nie było, stosowanie się do zasady: rób swoje i nie patrz na spodziewane efekty swej pracy. Wezwanie do takiej postawy płynie otchłani dziejów ludzkości. Propagowali ją i starożytny mędrzec chiński, i bóg Hindusów i rzymski cesarz-filozof. Stoi ona w rażącej sprzeczności z pragmatycznie nastawioną mentalnością współczesnego człowieka.

Postawa trzecia to czynne zaangażowanie się w przeciwstawianie się grożącej ludzkości zapaści. Nadzieja na powstrzymaniu prowadzącego do niej procesu jest – jakeśmy to wykazywali – nader wątła i problematyczna, ale istnieje. Jednak jej istnienie wydaje się być uwarunkowane wiary w nią, a zwłaszcza podejmowanie starań o jej zrealizowanie się. Zresztą gdyby nawet i nie było żadnej nadziei to i tak pragmatyzm przemawia za ignorowaniem tego faktu, a to chociażby w tym celu by ułatwić sobie zachowanie godności. Ale nadzieję zawsze mieć warto. Opowiada o tym przypowiastka o dwu żabach, które wpadły do naczynia ze śmietaną. Jedna uznała sytuację za beznadziejną i utonęła. Druga w tej wydawałoby się beznadziejnej sytuacji, szamocąc się ubiła bryłkę masła, odbiła się od niej, wyskoczyła i się uratowała.

Dlatego też – sądzę – nasze rozważania wcale nie powinny być traktowane jako uzasadnienie do apatii, do opuszczania rąk. Wręcz przeciwnie, moją intencją jest, by – poprzez wyeksponowanie pewnych niezbyt widocznych sprężyn procesów dziejowych – stały się pomocne w wypracowaniu programu walki z pojawiającym się zagrożeniem.

Chciałbym, by ten esej był jakimś – choćby maleńkim – krokiem w kierunku lepszego zrozumienia istoty stojących przed nami problemów. Mam nadzieję, że jego tezy – mimo nie całkiem ścisłego charakteru – staną się cegiełką w, z takim trudem wznoszonej budowli teorii społeczeństw ludzkich. W szczególności, wydaje mi się, że bardziej przekonująco niż inne koncepcje wyjaśniają one fenomen tzw. państw realnego socjalizmu, kluczowy dla naszej współczesności. Właśnie w tym upatruję ich wartość. Przecież warunkiem sine qua non każdego sensownego przekształcania rzeczywistości jest jej zrozumienie.


I) podobny powrót przeżywamy wszyscy, jako naród, teraz po 13 grudnia 1981 roku – stąd się bierze brak najmniejszego entuzjazmu z powodu wielu przecież, choć nie tych najistotniejszych, ustępstw obecnej ekipy

II) W pielgrzymce do Ojczystej Ziemi. Jan Paweł II w Polsce. Ėditions du Dialogue. Paryż 1980.

III) nie chcąc przeciążać tekstu odsyłaczami powołuję się na literaturę w zasadzie jedynie wtedy gdy jakieś wypowiedzi cytuję dosłownie.

Czerwiec 23, 2009 Posted by | panstwo, realny socjalizm | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.