Alej2009's Blog

Just another WordPress.com weblog

I ujrzałem bestię …

Propedeutyka  Łagodnej  Apokalipsy

Tadeusz Stanisław Piotrowski  (Jan Seidżin)


2. Autonomiczny demon

Zasadniczą konkluzją poprzedniego etapu naszych rozważań są dwie tezy:

- państwo jest systemem naturalnym

- jako takie, jest ono homeostatem.

Pierwsza z tych tez daje odpowiedź na pytanie o istotę państwa i umożliwia wnioskowanie o przyszłym rozwoju tworów państwowych, druga objaśnia jakie są realizowane przez nie cele.

Podane w syntetycznym skrócie odpowiedzi te są następujące:

Państwa są tworami w istotnym stopniu niezależnymi od konstytuujących je jednostek ludzkich. Powstają w sposób spontaniczny, naturalny. Istnieją i rozwijają się według schematów rozwojowych właściwych takim organizmom. Świadome oddziaływanie człowieka na państwo sprowadza się do wywoływania sztucznych zakłóceń, które jedynie w ograniczony, a poza tym trudno przewidywalny sposób wpływają na nie sterująco. Istotą tego sterowania jest przy tym to, że wywołuje ono ze strony tworu państwowego przeciwdziałania kompensujące, umożliwiające realizowanie – pomimo występowania zakłócenia – zasadniczego celu jaki stoi przed tym tworem. Celem tym jest kontynuowanie istnienia. Celem ubocznym, pomocniczym w realizowaniu celu zasadniczego, jest samodoskonalenie się wewnętrzne (organizacja państwa) i zewnętrzne (struktury ponadpaństwowe). Samodoskonalenie to polega na eliminowaniu wszelkiego chaosu i wprowadzanie w jego miejsce harmonii i ładu. Ponieważ elementami konstytuującymi państwa są jednostki ludzkie ów ład i harmonia polegają na podporządkowaniu ich sobie przez państwo, na ich zniewoleniu.

Mówiąc nieco innym językiem, naturalnym trendem rozwojowym wszelkich tworów państwowych jest przekształcanie się w państwa typu totalitarnego, w którym władzę sprawują nie ludzie, lecz wyobcowany, realizujący własne „nieludzkie” cele, autonomiczny, bezosobowy twór: naturalny system nadorganiczny „państwo”. Dzieje się tak niezależnie od zbiorowej i indywidualnej świadomości ludzi.

Tu uwaga: publicystycznego, nacechowanego emocjonalnie negatywnie terminu „totalitaryzm” używam w sensie obiektywistycznym, zaproponowanym przez ojca Józefa Bocheńskiego. A więc nie jako nieprecyzyjnej wartosciującej pejoratywnie etykietki, lecz jako pojęcia ściśle zdefiniowanego w ramach analizy zakresu wolności jednostek ludzkich w różnych systemach społecznych. Wskazującego mianowicie na taki system społeczny, w którym „żaden człowiek nie jest wolny w żadnej dziedzinieI).

Tak rozumiany system totalitarny jest, rzecz jasna, nierealizowalnym w praktyce „ideałem”. Jednak w ostatnich czasach – wobec rosnącego przyśpieszenia wszystkich procesów społecznych – wizja państwa w pełni totalitarnego staje się coraz bliższa, coraz konkretniejsza. Jednocześnie pojawiły się też i przesłanki dla nadziei, że nigdy do ostatecznego zrealizowania się tej ewolucji nie dojdzie. Jedno i drugie związane jest z powstaniem i upadkiem pewnej grupy państw, które na tej drodze przekroczyły swoisty próg jakościowy, a potem w swojej ewolucji cofnęły się. Przynajmniej tak to wygląda. Są to państwa tzw. realnego socjalizmu. Obserwacja tych tworów państwowych stanowi zasadniczą podstawę rozwijanych w tym szkicu rozważań.

Jednak i w innych krajach nazwany proces staje się coraz bardziej widoczny. O większości współczesnych tworów państwowych można już teraz powiedzieć, że charakteryzują je trzy wynikłe z niego dominujące cechy: autonomiczność, dominacja nad społeczeństwem i zniewalanie jednostek ludzkich.

Pierwsza z tych cech – autonomiczność – jest właściwa każdej organizacji państwowej. Potwierdziliśmy sobie to już wyżej przy okazji analizowania cech inwariantnych systemów naturalnych. Jest to sama istota państwa. Jej zasadniczym przejawem jest realizowanie przez twory państwowe swoich własnych celów, niekoniecznie wynikających z interesów konstytuujących je jednostek ludzkich. Cecha ta skutecznie maskowana jest przez to, że w poszczególnych okresach czasowych, cele realizowane przez państwo wydają się być zbieżnymi z celami wynikającymi z interesów różnych jednostek i grup społecznych. Działa tu prosty mechanizm związany z udziałem tzw. „graczy naiwnych” w tzw. „grze o sumie zerowej”, gdzie wszyscy uczestnicy przegrywają w stosunku do „banku”. Tymi „graczami” są ludzie – „bankiem” jest system naturalny „państwo”. Rzecz jasna „przegrane” poszczególnych „graczy” nie są tej samej wysokości. Ci, którzy postępują w sposób „korzystny” dla systemu są za to nagradzani. Ta zbieżność interesów jest jednak koniunkturalna i, gdy analizować dłuższe okresy czasu, często jawi się ona jako pozorna. Dawała ona (np. twórcom marksizmu) asumpt do stawiania diagnozy, że państwo jest narzędziem dominacji jednej grupy społecznej (klasy) nad innymi. W rzeczywistości jednak – jak to wynika i z naszych rozważań – to raczej poszczególne grupy społeczne są narzędziami państwa w jego działaniach mających na celu podtrzymywanie swojego istnienia i doskonaleniu swoich struktur. Narzędziem w istocie bezwolnym, chociaż odnoszącym z wykonywanych przez siebie usług korzyści – niekiedy znaczne.

W żadnym ze współczesnych tworów państwowych władza nie jest, „tak naprawdę”, sprawowana ani przez społeczeństwo, ani też przez jakąkolwiek jego grupę (np. tzw. elitę władzy).

Tzw. ludowładztwo jest zawsze nieomal zupełną fikcją – nawet w państwach o najlepiej rozwiniętych systemach demokratycznych. Przede wszystkim brak jest w nich wystarczająco efektywnych mechanizmów wpływania przez społeczeństwo na bieg spraw państwowych. Stosowany tu najczęściej mechanizm wyborczy jest co najmniej niezadowalający. Wybór reprezentantów społeczeństwa i urzędników państwowych dokonywany jest jedynie okresowo i zawsze na podstawie ograniczonej, niepełnej informacji o kandydacie. W praktyce spośród niewielkiego ich grona. Specyfika mechanizmu powoduje, że wybierani są nie ci ludzie, którzy mają najlepsze predyspozycje do kierowania państwem, lecz ci, którzy potrafią przepchnąć się przez „maszynkę wyborczą”, a więc posiadający zupełnie inne kwalifikacje. W dobie TV pojedynek „bezmózgiego” przystojniaka z nieatrakcyjnym zewnętrznie geniuszem intelektu nieomal nieuchronnie musi się kończyć porażką tego drugiego.

Jonathan Schell pisze na ten temat tak: „[Konstytucja amerykańska] wprowadzając system demokracji przedstawicielskiej ustanowiła klasę ludzi, którzy jako reprezentanci narodu w pełni uczestniczą w życiu politycznym kraju oraz dużo liczniejsząa klasę tych, którzy uczestniczą formalnie w systemie politycznym tylko podczas wyborów. Poszukiwanie pośrednich instytucji, które zasypałyby przepaść między tymi dwoma klasami zawsze było problemem amerykańskiej demokracji. (…) Dziś (…) wszystkie tradycyjne instytucje pośredniczące, w tym partie polityczne chylą się ku upadkowiII)

W okresach pomiędzy wyborami wpływ społeczeństwa na wyłonione już władze jest niewielki, zresztą – jak to zaraz zostanie wykazane – nie ma to specjalnego znaczenia wobec uwarunkowań jakimi te ostatnie podlegają. W historii tylko sporadycznie pojawiały się modele sprawowania władzy mocniej uzależniające rządzących od rządzonych (np. sejmokracja w I Rzeczpospolitej), ale szybko ulegały erozji i wynaturzeniu.

Również referenda nie rozwiązują problemu wpływania przez społeczeństwo na państwo. Przede wszystkim zazwyczaj ważniejsza jest w nim sama treść pytania niż uzyskana na nie odpowiedź. Po drugie, dysponenci środków masowego przekazu z łatwością mogą posterować w kierunku otrzymania odpowiedzi pożądanej, a to na drodze manipulowania informacją. Po trzecie (i w związku z drugim), o decyzji podjetej w wyniku referendum decydują głosy oddane przez najliczniejsze rzesze ludzi najmniej kompetentnych do zabierania głosu w danej sprawie. Ludzi, którzy mają ledwo „zielone pojecie” o istocie problemu. Albo nie mają żadnego pojęcia. Albo nawet nie rozumieją o co są pytani.

I tu przechodzimy do innego, ważnego problemu. Ludzie nie interesujący się na codzień problematyką rządzenia nie posiadają wystarczających kompetencji do kierowania nowoczesnym, złożonym tworem państwowym. Współcześni badacze zajmujący się problematyką socjologii sprawowania władzy nie mają co do tego najmniejszych wątpliwości. Ich zdaniem tzw. opinia publiczna jest irracjonalna, podatna na reklamę, perswazję i argumenty emocjonalne. Nie jest zatem zdolna sprawować rozsądnej kontroli nad swoim postępowaniem i swoimi decyzjami. Stąd nawet w najbardziej demokratycznych współczesnych państwach działa pewien swoisty mechanizm działający na zasadzie samopotwierdzającej się hipotezy: Ponieważ społeczeństwo uważa się za niekompetentne, w obawie by nie podejmowało szkodliwych dla siebie (utożsamianych z szkodliwymi dla państwa) decyzji, nie dostarcza mu się rzetelnych informacji, blokuje możliwości rzeczywistego wpływu na bieg wydarzeń. Pogłębia to niekompetencję ludzi, prowadzi do frustracji z powodu własnej bezsilności, co owocuje powszechnym trendem do ucieczki w partykularyzm, prywatność, brak zainteresowania sprawami ogólniejszymi. Proces ten umacnia niezależność państwa od społeczeństwa.

Stąd wzrasta rola tzw. elity władzy. Ale również elity władzy jedynie pozornie kontrolują państwo. Przede wszystkim ich członkowie są starannie dobierani. Selekcji dokonuje autonomiczny system przy pomocy tworzących go ludzi. Przechodzą przez jej sita wyłącznie jednostki o cechach korzystnych z jego punktu widzenia, posłuszni jego poleceniom i wymaganiom. Zostają oni w toku selekcji tak urobieni, by móc innym wydawać te polecenia i stawiać te wymogi – w imieniu państwa (rozumianego jako autonomiczny, bezosobowy system) i w interesie państwa. Ludzie nowi (np. pochodzący z wyboru przedstawiciele społeczeństwa) będący elementami „przypadkowymi”, zostają albo odrzuceni albo odpowiednio „urobieni”, „wchłonięci” przez system. Działające tu mechanizmy są związane ze zniewalaniem jednostek – będziemy jeszcze o nich mówić.

System „państwo” w swojej strukturze hierarchicznej opiera się na mniej lub bardziej rozbudowanej biurokracji. Funkcjonuje ona według własnych obiektywnych praw. Najważniejszym z nich jest konserwatyzm. Wszelkie decyzje są w istocie podejmowane zbiorowo – niezależnie od formalnej pragmatyki. Nawet jeżeli decydentem jest pojedyncza osoba, musi ona podlegać naciskom, podszeptom lub choćby zwykłej, czasami zakamuflowanej obawie przed dezaprobatą współpracowników. Także takim „pojedynczym” decydentom trudno jest zdobyć się na inną decyzję niż zachowawcza. Zachowawcze natomiast są zawsze – z istoty rzeczy, jako wynik „uśredniania” różnych poglądów – decyzje podejmowane zbiorowo. Dokonuje się ich na podstawie uogólnionych i wyselekcjonowanych informacji. Poszczególne stopnie pośrednie machiny biurokratycznej, stanowiące o tym jakie informacje i jak interpretowane, mają być przekazane stopniom wyższym, są warunkowane przez decyzje uprzednie. Muszą więc być zawsze konserwatywne. Dostarczane do właściwego organu decyzyjnego informacje już zawierają elementy decyzji. W efekcie decyzje te są podejmowane nie tyle przez ludzi ile przez system jako całość. Elita władzy nie tyle rządzi państwem ile, co najwyżej, dozoruje je, a ściśle – jak to już powiedzieliśmy – jest narzędziem w rękach autonomicznego potwora.

Teza o tym, że współczesne państwo, w coraz większym stopniu dominuje nad społeczeństwem – jak się wydaje – nie wymaga specjalnego uzasadniania. Jest oczywista. Ta dominacja rzuca się w oczy. Państwo przejmuje na siebie coraz więcej różnych funkcji, wkracza w coraz większą ilość dziedzin życia, coraz bardziej uzależnia od siebie konstytuujące je jednostki. W realnym socjalizmie ta dominacja była nieomal absolutna: państwo karmiło, przyodziewało, uczyło, leczyło, bawiło, zapewniało mieszkanie – i tak „od żłobka do nagrobka”. W krajach byłego „obozu socjalistycznego” wiele z tego zostało i wcale nie ma zamiaru zanikać – przysłowiowy (dzięki Januszowi Korwin-Mikke) obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa wprowadzono już po „upadku komuny”. Również w krajach gdzie pozornie respektowane są ideały wolności obywatelskich, system podejmuje za jednostkę ogromne ilości decyzji. Przy tym należą do nich decyzje najwyższej wagi: o pokoju i wojnie, o życiu w nędzy czy w dobrobycie … Tu należy zauważyć, że znaczna część gospodarki kraju bywa w bezpośrednim władaniu państwa, a jej całość jest przez nie, przynajmniej częściowo, kontrolowana. Szczególnie mocno przejawia się to od czasów roosvelt’owskiego New Deal’u, opartego o interwencjonizm państwowy. W wyniku powstaje tzw. kompleks gospodarczo-polityczny będący jedną z agend i postaci państwa.

Dominując nad społeczeństwem państwo uzależnia od siebie i zniewala jednostki. Jednostka jest jedynie kółkiem, trybikiem w strukturze maszynerii systemu. Jej pozycja społeczna, prestiż, poziom życia i sposób jego prowadzenia są ściśle uwarunkowane przez usytuowanie w tej strukturze. Poza nią jednostka staje się bezużytecznym nieprzydatnym elementem, tracącym jakąkolwiek rację bytu. Staje się zerem, nikim. A we współczesnym świecie nie ma bezludnych wysp, gdzie możnaby się schronić przed społeczeństwem Jedynie bardzo nieliczne, ekstremalnie zamożne osoby mogą sobie takie „bezludne wyspy” sztucznie stworzyć.

Stąd dwoma zasadniczymi kryteriami jakimi jednostka musi się kierować są: utrzymanie swojej pozycji w strukturze społecznej i zajmowanie coraz lepszych pozycji.

Taka postawa łamie solidarność międzyludzką. Powoduje, że każdy staje samotny wobec bezosobowego potwora. Innym efektem jest przedkładanie w jednostkowych działaniach wyobcowanych interesów machiny nad rzeczywiste interesy ludzi. Im jednostka ma większe, formalne możliwości działania, tym jej partykularne interesy prywatne są bardziej zbieżne z interesami systemu. Jednostki widzące antyspołeczny charakter tych interesów i próbujące się przeciwstawiać machinie, są usuwane przez nią ze swoich struktur – oczywiście rękoma innych jednostek. Co więcej, ludzie tacy nie mają zbyt dużo szans na znalezienie się na wystarczająco eksponowanym miejscu w strukturze systemu, by ich ewentualna działalność przeciwko niemu rokowała jakieś nadzieje. Przecież zasadniczym kryterium selekcji aparatu władzy jest służebność wobec machiny, zaś funkcjonowanie w jej strukturach jeszcze taką wewnętrzną orientację umacnia. Poza tym pozorna zbieżność interesów państwa z interesami uprzywilejowanych grup społecznych ma zazwyczaj charakter względny. Z perspektywy indywidualnego życia ludzkiego ta pozorność bywa niezauważalna. Chociaż elitom władzy PRL-u materialnie powodziło się gorzej niż wielu „zwyczajnym” ludziom na Zachodzie, jej członkowie nie mieli wątpliwości, że warto podtrzymywać uprzywilewujący ich system.

Jednak zasadnicza istota zniewalania jednostek przez demona systemu polega na czymś innym. Na tym mianowicie, że państwo narzuca postawy i działania sprzyjające jego podtrzymywaniu również jednostkom które nie czerpią z tego najmniejszych korzyści. W rzeczywistości wszyscy, niezależnie od swojej poozycji w strukturze maszynerii państwa są zaangażowani w jej służbie. Każdy na swoim odcinku i na miarę swoich możliwości. Niezależnie od swoich poglądów i swojego rozeznania istoty systemu.

Machina wymusza to najróżnorodniejszymi sposobami. Najważniejszymi, z nich są: strach i fałszywa świadomość. Razem z  omówionym wyżej, bazującym na zbieżności interesów, tworzą one trójkę, którą używając dosadnego języka, można nazwać marchewką, kijem i ogłupianiem.

Strach przed molochem państwa może przybierać wiele form, często bywa irracjonalny, a także nieuświadomiony. Efektem podejmowania działań sprzecznych z interesem systemu jest zawsze jakieś – mniejsze lub większe – rozchwianie stabilizacji jednostki. Powstaje ono przy każdych sposobach zachowań innych niż utarte, zachowawcze. Stąd niechęć jednostek do podejmowania takich działań. Niechęć podbudowana nieuświadomionym strachem. Każe ona nie dostrzegać różnych patologii występujących w najbliższym otoczeniu, w miejscu pracy, zamieszkania, a już raczej krytykować zjawiska odległe, w sprawach których jest się mniej kompetentnym, zwłaszcza zaś ma się znikome możliwości realnego na nie oddziaływania.

Strach może oczywiście występować w bardziej bezpośredniej, jaskrawej postaci. Dla wielu jednostek ludzkich jest on jedynym motywem zgłaszania się do przymusowej służby wojskowej, do płacenia podatków, a choćby do przymusowego zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie. Przykłady można mnożyć. Państwo ma wiele sposobów, by terroryzować swoich obywateli – najczęściej „dla ich dobra”.

Istnieją sytuacje gdy strach – strach o życie – zmusza ludzi do strzelania do innych ludzi. Przy tym bywa tak, że gdyby strzelający nie nosił munduru, to sam stanąłby „po drugiej stronie barykady”. Wystarczy wspomnieć Kaszubów w hitlerowskiej armii. U nas, w Polsce zdarzało się to wielokrotnie. Ostatni raz całkiem niedawno. To także strach – strach przed odpowiedzialnością, strach o utratę przywilejów  – kazał innym ludziom wydawać rozkazy strzelania do współbraci. To strach zamyka usta, zmusza do podpisywania hańbiących oświadczeń, do współpracy z tajnymi służbami – wbrew woli i przekonaniu.

Wiele jest różnych odmian strachu. Jednym z jego zakamuflowanych przejawów jest obawa przed narażeniem się na śmieszność z powodu podejmowania działań nieskutecznych. Á lá Don Kichot. W czasach PRL za takie ośmieszające zachowanie uchodziło – w pewnych środowiskach – branie udziału w bojkocie wyborów. Gest nie pociągający za sobą żadnych realnych skutków, a – potencjalnie – mogący zaszkodzić wykonującej go osobie, a więc „infantylny”. Zapewne każdy mógłby tu przytoczyć jakiś przykład gdy postąpił wbrew społecznym – zresztą często również i wbrew własnym, indywidualnym – interesom, byleby okazać się „równym facetem”, a nie „nie znającym życia” frajerem. Obecnie nasila się, importowany z Zachodu terror political correctness. Ośmiesza się „oszołomów”, a więc ludzi, którzy bezkompromisowo bronią jakichś racji. Demon systemu dostaje nowe, potężne, niezwykle niebezpieczne dla jednostek ludzkich narzędzie oddziaływania poprzez strach.

Tu już jednak zaczynają występować i elementy trzeciego z wymienionych przez mnie mechanizmów zniewalania jednostek przez system „państwo”: fałszywa świadomość.

Jedną z elementarnych potrzeb psychicznych człowieka jest potrzeba samoafirmacji, szacunku dla samego siebie. Niesposób na dłuższą metę żyć w przekonaniu, że się postępuje sprzecznie z wewnętrznym kodeksem etycznym. Jednak z trzech wchodzących tu w rachubę elementów: kodeks etyczny, rzeczywistość i świadomość jednostki, najbardziej plastycznym jest ten ostatni. Kodeks etyczny, jako narzucony jednostkom przez cywilizację, która ich ukształtowała, nie może być dowolnie zmieniany. Równie odporna na manipulowanie bywa rzeczywistość. Najłatwiej jest doprowadzić do uzgodnienia postaw i zachowań z kodeksem etycznym jednostki nie poprzez zmianę postępowania, ale poprzez odpowiednią jego interpretację. Tu tkwią zasadnicze, główne korzenie fałszywej świadomości: za prawdę chętnie przyjmowane są twierdzenia dla jednostki wygodne. Nie ma to nic wspólnego z obłudą – to orwelowskie „dwójmyślenie”. Subiektywnie, najbardziej absurdalne sądy mogą być uznawane w jak najlepszej wierze. Efekt ten jest dobrze znany psychologom. W dziedzinie polityki jest on doskonale poświadczony licznymi wyznaniami różnych dysydentów prezentujących, po zmianie przekonań, swoje poprzednie zapatrywania.

Równie ważną rolę przy wykształcaniu się fałszywej świadomości ma oddziaływanie propagandy, a więc celowe manipulowanie postawami. A działa ona dwukierunkowo: i na indoktrynowanych i indoktrynujących. Powtórzone tysiąc razy kłamstwo zaczyna robić wrażenie prawdy również na tych którzy je wymyślili.

Trzecim, formalnie rzecz biorąc najważniejszym, źródłem fałszywej świadomości są błędne teorie naukowe, fałszywie tłumaczące mechanizmy funkcjonowania społeczeństw. Nauki społeczne ciągle jeszcze dysponują jedynie zbiorami niezbyt przekonywująco uzasadnianych hipotez. Często ze sobą nawzajem sprzecznych. Ze względów politycznych w obiegu są ciągle jeszcze XIX-wieczne, ewidentnie przestarzałe, czasami wręcz dyletanckie teorie. Niestety czasami właśnie w oparciu o nie podejmowane są decyzje najbardziej istotne dla jednostek i dla społeczeństw.

Trzecim źródłem fałszywej świadomości jest więc niewiedza, a także fałszywa wiedza. Może właśnie ta ostatnia przede wszystkim. To ona tak często bywa odpowiedzialna za to, że szlachetne intencje owocują przerażającymi skutkami.

Tu trzeba wspomnieć o inteligencji. Jest ona, jako grupa społeczna, szczególnie silnie wpasowana w system. I dlatego szczególnie podatna na „zarażanie się” fałszywą świadomością. Jest to fakt nie do przecenienia, bo przecież właśnie inteligencja narzuca społeczeństwu swój ogląd rzeczywistości.

Zjawisko masowego występowania fałszywej świadomości u warstw najbardziej oświeconych opisywał przenikliwy obserwator społeczeństwa radzieckiego, Aleksander Zinowiew. Ukuł on pejoratywną etykietkę: homo sovieticus. To „nowy człowiek” – produkt po trosze świadomego projektowania, po trosze naturalnej ewolucji. Jego charakterystyczną cechą jest specyficzny, konformistyczny, „dialektyczny” sposób myślenia, zwany przez Zinowiewa „kalkulacją społeczną”. Jego przedstawiciele to „najbardziej wykształcona część społeczeństwa radzieckiegoIII). Jest niezwykle symptomatyczne, że w Polsce przekręcono o 180 stopni sens nowoutworzonego terminu i przyklejono tę obraźliwą etykietkę szerokim rzeszom szarych ludzi. A więc tym, za uformowanie których socjalizm jest względnie mało odpowiedzialny (byli stosunkowo „daleko” od niego). Zinowiew wręcz twierdzi, że: „szerokie masy ludowe nie dorosły do poziomu homo sovieticusa. Niewykluczone, że nigdy nie dorosną do tego poziomu”. To prawda, że wiele tu „ludzi leniwych, roszczeniowych, ksenofobicznych”, ale co to ma wspólnego z realnym socjalizmem? Tacy są i tacy na ogól zawsze byli szarzy ludzie na całym świecie. Nie ma żadnego powodu by ich przedstawicielom z naszych czasów i z naszych okolic globu dawać jakieś specjalne etykietki. Zaś w samej zamianie sensu terminu „homo sovieticus” łatwo się dopatrzeć właśnie przejawu funkcjonowania swoistego nieuświadomionego cynizmu, właśnie fałszywej świadomości.

Przedstawiony wyżej zarys analizy jest fragmentaryczny, daleki od systematyczności. Nie celuje on w odsłonięcie wszystkich mechanizmów zniewalania ludzi przez autonomicznego demona, a ma za zadanie wykazać jedynie samo istnienie zjawiska. Te przedstawione wyżej są konkretyzacjami ogólniejszych mechanizmów zniewalania ludzi przez tworzone przez nich społeczności. Człowiek jako „zoo politikon” nie może żyć poza społeczeństwem i musi podporządkowywać się jego wymogom. A – jakeśmy to już wykazali – społeczności ludzkie są czymś więcej niż zbiorami jednostek. Są bytami podmiotowymi, realizującymi własne cele niekiedy skrajnie ignorujące potrzeby konstytuujących je jednostek ludzkich.

Koncepcja państwa-lewiatana znana jest co najmniej od połowy XVII wieku, kiedy to sformułował ją Tomasz Hobbes. Nie ma ona jednak zbyt wiele wspólnego z tym co zarysowano wyżej. Hobbes’owski lewiatan powstaje w wyniku świadomej umowy międzyludzkiej. Sterowany jest przez ludzi i dla ludzi. Jego cele są celami społeczeństwa. Różnice są więc zasadnicze.

Przedstawiona przez mnie koncepcja nie rości sobie jednak wcale pretensji do oryginalności. Podobne lub identyczne poglądy na rolę państwa i społeczności ludzkich głosiło i głosi wielu zajmujących się tą problematyką badaczy. Chciałbym tu przywołać dwu z nich: Piotra Kropotkina i właśnie Aleksandra Zinowiewa.

Motto tego eseju pochodzi z niewielkiego tekstu pierwszego z nichIV), będącego czymś w rodzaju testamentu intelektualnego tego wybitnego teoretyka (i rewolucjonisty). Sędziwy uczony, u kresu swych dni, obserwując funkcjonowanie rodzącej się na jego oczach nowej formacji ustrojowej, nazwanej później realnym socjalizmem, dostrzegł to co ja tutaj staram się wykazać: obiektywny, niezależny od woli ludzkiej charakter rządzących tymi narodzinami procesów. Wydaje się, że wbrew krzykliwym pozorom idee Starego Księcia zostały obecnie zupełnie zapoznane. Wyjątek stanowią ci badacze, którym dane było stanąć „twarzą w twarz” z potworem autonomicznego systemu w jego najbardziej – jak dotąd – dojrzałej postaci. Najwybitniejszym z nich jest, jak sądzę, rosyjski filozof, matematyk i socjolog Aleksander Zinowiew. W swoich książkach o komunizmie w Związku Radzieckim przedstawia on tezy w znacznym stopniu zbieżne z tymi do których i my w tym szkicu dochodzimy.

Prawdy te z trudem torują sobie drogę nawet do świadomości ludzi dobrze obznajomionych z problematyką. Dramatycznych tego przykładów jest mnóstwo. Zwłaszcza nie są w stanie zrozumieć ich ludzie Zachodu. Wydaje się, że w sprawach będących tematem naszych rozważań najwięcej do powiedzenia mają ludzie, którzy zetknęli się osobiście z realnym socjalizmem. Ludzie zajmujący uprzywilejowane miejsce na scenie najdramatyczniejszego w dziejach ludzkości happeningu. Jestem jednym z nich. Stąd mniemam, że moim obowiązkiem jest mówienie co o tym wiem. Stąd moja nadzieja na to, że prezentowane tu przemyślenia mają spory walor poznawczy, że mogą komuś pomóc inaczej, być może mądrzej, popatrzeć na tak ważne dla ludzkości problemy.


I) Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys. Les Editions Noir sur Blanc. 1988.

II) Schell, J.: Niepewny Lewiatan. Atlantic Revue – przedruk „Gazeta Wyborcza” 2-3. XI 1996.

III) Zinowiew, A.: Homo sovieticus. POLONIA Book Fund Ltd

IV) Kropotkin, P. A.: Zapiski z ostatnich dni. ZAPIS 18. NOWA. 1981.

Czerwiec 23, 2009 - Posted by | panstwo, realny socjalizm

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.